piątek, 15 listopada 2013

Rozdział trzynasty

Błąkałam się przez dłuższy czas po polanie, aż doszłam na skraj lasu. Weszłam głębiej w las. Miałam nadzieje, że wyjdę niedaleko mego domu ale nie. Wyszłam w jakimś miejscu, w którym jeszcze nigdy nie byłam. Był to rozległy teren z niewielką ilością drzew ( z tego co widziałam bo było cholernie ciemno). Szłam w ciemności po tym terenie, aż się potknęłam i zjechałam z jakiejś góry. Akurat jak zjeżdżałam wpadłam na drzewo. Uznałam, że po ciemku i tak nie znajdę drogi do domu więc tu zostanę.  Usiadłam pod drzewem. Czułam jak powieki same mi się zamykają. 
Gdy otworzyłam oczy było już jasno. Wychodzi więc na to, że zasnęłam. Podniosłam się z ziemi. Dłonią odgarnęłam włosy z twarzy. Gdy odciągnęłam dłoń od twarzy zobaczyłam, że jest ona cała czerwona. Spojrzałam na spodnie i bluzkę. Ubranie także były w połowie czerwone. Ziemia również. Z wszystkich tych rzeczy wydawał się z lekka metaliczny odór. Spojrzałam za drzewo. Na ziemi zobaczyłam leżące ciało wilkołaka.  Likantrop oddychał powoli, a z jego boku wyciekała szkarłatna ciecz. Wilkołak leżał na tej brudnej ziemi, bałam się, że wda mu się zakażenie. Nie widziałam łba stworzenia, ani oczu. Lecz miałam złe przeczucie, że to Charles. Spojrzałam na  oblicze likantropa. Spod jego zamkniętych powiek spłynęły łzy. Pogłaskałam stworzenie po głowie, a wilkołak otworzył swe oczy. Poznałam to oczach, a raczej po ich wyrazie, że to Charles.  W moich oczach zebrały się łzy, a serce zbiło mocniej. Przestraszyłam się. Nie wiedziałam co robić. W końcu usiłowałam wziąć go na plecy. Nie miałam dość siły aby go unieść, lecz w końcu przełamałam ból w plecach i w mięśniach. Prawie położyłam się na ziemi i wsunęłam Charlesa na barki. Kolana uginały się pode mną. Kilka razy prawie wyłożyłabym się na ziemi.
Po długim czasie dotarłam z Charlesem do domu. W oknie stał Louis jakby na nas czekał. Chciałam zapukać do drzwi gdy nagle one otworzyły się, a w wejściu stał Louis, który przejął ode mnie Charlesa. W końcu mój krzyż mógł odpocząć, a ja próbowałam się wyprostować. Louis wziął mnie na ręce i zaniósł do salonu. Na kanapie leżał Charles przykryty kocem. Wstałam z fotela ponieważ chciałam iść po opatrunek.
- Usiądź, ja się nim zajmę - Powiedział Louis stojący w kuchni.
- Nie, ja mu muszę pomóc. Czy w tej księdze, którą mi dałeś są jakieś czary na uzdrowienie.? - Spytałam usiłując powstrzymać łzy.
- Chyba jakieś są. Trzeba będzie poszukać.
- A... pomożesz mi w szukaniu.?
- Jeszcze się głupio pytasz. Ale najpierw muszę mu tym obmyć ranę - Powiedział Louis wskazując ręką na swoją kieszeń, z której wyjął małą buteleczkę .
- Co ty jest.?
- Taki płyn, który pomaga goić rany. Heh, kto by pomyślał... to się czasem przydaje.
- No raczej, że się przydaje.
Louis podszedł do Charlesa i wylał kroplę płynu. Efekt był podobny do tego, gdy na ranę wylewa się wodę utlenioną i na ranie robi się biała piana, tylko, że  przy użyciu tego, dookoła rany zrobiła się niebieska piana, a na ranie pomarańczowa. Odskoczyłam lekko w bok potykając się i wpadając na Louisa.
- Nie bój się. Tutaj zawsze jest taki efekt. - Zaśmiał się.
Charles zaskomlał pod postacią wilkołaka.
- Jest wilkołakiem. To znaczy, że jest dobrze i nie umiera. - Stwierdził Louis.
- Co masz na myśli.?
- Eh...no bo gdy likantrop umiera, a jest pod postacią, na przykład tak jak nasz Charles wilkołaka. To na powrót i pożegnanie życia zamienia się w człowieka, a Charles jęczy, stęka, wyje, wierci się, to znaczy, że jest dobrze, a płyn działa. - Powiedział Louis wzruszając ramionami.
Louis wyszedł z domu i ,, śmignął '' za oknem, więc nie widziałam po chwili zniknął mi z pola widzenia. Zamknęłam drzwi i westchnęłam. Skierowałam się do salonu, gdzie leżał Charles. Lecz teraz był już w ludzkiej postaci. Przestraszyłam się. Usiadłam obok niego na kapie i pogłaskałam go po głowie. 
- Coś ty zrobił... - Powiedziałam, nie umiejąc powstrzymać łez.
Moja łza spadła na policzek Charlesa.
- Obroniłem cię... - Usłyszałam cichy i nie wyraźny głos chłopaka.
- Co.? Jak to.? - Spytałam z niedowierzaniem.
- On...on cię chciał...- Urwał.
- Kto.? Co.?
- Bo on nas chyba śledził, a jak zobaczył, że jesteś sama chciał cię zabić, ale na na to nie pozwoliłem. Rzuciłem się na niego, a on...a on zrobił mi to...- Charles uniósł lekko dłoń. -  Nie płacz. Nic mi nie powinno być...- Zawył z bólu.
- Odpoczywaj Chalesie. - Powiedziałam i poczochrałam mu włosy.
Charles uśmiechnął się słabo. Nagle przypomniało mi się, o medalionie. Podniosłam mu lekko głowę i założyłam na szyję medalion.
*
Siedziałam z Charlesem w salonie. Charles leżał cały czas nieruchomo na kanapie, a ja siedziałam na fotelu i oglądałam telewizor. Nagle usłyszałam pukanie do drzwi. Podniosłam się z fotela i chciałam podejść do wejścia domu.
- Nie idź.! To on.! - Ożywił się nagle Charles.
- Kto.? - Spytałam.
- Po prostu...nie otwieraj. Proszę. To nie Louis.
Spojrzałam się na Charlesa jak na idiotę, ale posłuchałam go i usiadłam powrotem w fotelu. Pukanie nie ustawało.
- On wie, że tu jesteśmy. - Powiedział Charles. - To chyba już koniec...no chyba, że Louis przyjdzie.
- No to na co on czeka.?! Na zbawienie Boże.?! Gdzie on w ogóle jest.?!
- Nie wiem...może poszedł się pożywić.
- Zabijać.?! - Spytałam przerażona.
- Nie, spokojnie. On nie zabija. Jemu dostarczają krew.
- Boże...nastraszyłeś mnie Charlesie Morgan.
- Przepraszam Megan Shelley.
Nagle pukanie ucichło. Myślałam, że już po wszystkim, zanim... zanim spojrzałam za okno. Za oknem stał wielki szary wilkołak. Jego pysk był cały czerwony, jak i połowa jego głowy. Likantrop wyszczerzył zęby. Przejechał swym czerwonym językiem po kłach. Swój wzrok wlepiał we mnie. Charles momentalnie podniósł się na sofie i usiłował wstać. 
- Nie.! - Krzyknęłam, a Charles wrócił na swe miejsce.
Myślałam, że wilkołak wybije szybę i wpadnie do domu aby mnie zabić. Lecz nie uczynił tego. Popatrzył na mnie, a później na Charlesa, po czym obrócił się ukazując swój zakrwawiony kark.  Widziałam jak postać znika w oddali. Po jakimś czasie usłyszałam głośne wycie. Usłyszałam też zgrzyt przekręcanego zamka. Do domu wszedł Louis.
- Co mnie ominęło.? - Spytał.
- Wilkołak... - Powiedziałam łapiąc oddech.
- On tam jest...jest przy domu - Wykrztusił Charles.
- Ale kim on jest.?! - Spytałam. 
- Nie ważne. - Odpowiedział Louis kręcąc głową.
Ale kim on jest.? I czemu mi nie chcę nic o nim powiedzieć.? Nie podoba mi się to coraz bardziej... 

sobota, 2 listopada 2013

Rozdział dwunasty

- Co a nie mówiłem.? O co wam do cholery chodzi.?!- Zapytała przerażona sytuacją, która zaistniała.
- No bo miałem rację, że jesteś czarownicą- Powiedział zadowolony Charles, stając za mną.
Nie mogłam uwierzyć własnym oczom i uszom. Ja mam być czarownicą.?! Ja.?! Nie...przecież nigdy nie miałam żadnych tego objawów ani nic w tym rodzaju. Nigdy w życiu nie wierzyłam w takie rzeczy jak wampiry, wilkołaki, inkuby, maugi, nekrotofy, czarownice i tp. Wpatrywałam się w gazetę... a raczej w to co z niej zostało. Nagle poczułam, że unoszę się nad ziemią. Moje oczy cały czas były wpatrzone w osmolone miejsce. Nagle przed moimi oczyma widziałam tylko zatrzaśnięte drzwi. Pokręciłam głową i po chwili stałam już na ziemi, a przede mną stał Charles i patrzył mi prosto w oczy. Za nim stał Louis i robił jakieś głupie miny. Nagle Charles cofnął łokieć i trafił Louisa w brzuch. Louis zgiął się w pół i jęknął cicho. Spojrzałam na niego stając na palcach i patrzyłam na niego z nad ramienia Charlesa. Uśmiechnęłam się lekko po czym znowu poczułam, że jestem uniesiona. Charles przerzucił mnie przez ramię, przez co patrzyłam na Louisa z góry. Louis podniósł wzrok z podłogi na mnie do góry. Podniósł się i odebrał mnie od Charlesa. Mina Charlesa nie była zbyt wesoła. Spojrzał na mnie po czym spuścił wzrok na ziemie i zaczerwienił się lekko.
Usiedliśmy w trójkę na kanapie i zaczęliśmy oglądać film. Po obejrzeniu filmu zaczęliśmy zastanawiać się czy nie pójść na spacer.  Louis podniósł się z kanapy i spojrzał przez okno. Skrzywił się i powiedział, że on nie pójdzie ponieważ promienie zachodzącego słońca mu szkodzą. Charles wstał także z kanapy i zdjął z wieszaka moją katanę. Skinięciem głowy zachęcił mnie do podejścia i ubrania katany. Wstałam również z kanapy i z pomocą Charlesa ubrałam katanę. Przebrałam także buty z czerwonych trampek na czarne. Gdy Charles otworzył drzwi odwróciłam głowę i spojrzałam na Louisa. Ten podszedł do mnie i pocałował mnie na pożegnanie. 
- Nie wracajcie za późno bo dzisiaj pełnia. - Mówiąc to spojrzał groźnie na Charlesa.
Charles wzruszył ramionami i machnięciem ręki zachęcił mnie do wyjścia. Przekroczyłam próg i spojrzałam jeszcze raz na Louisa. Za mną wyszedł Charles zamykając drzwi i uśmiechając się do mnie uroczo. Chwycił mnie za nadgarstek i udaliśmy się w kierunku łąki. Spojrzałam na Charlesa, a w oczy rzucił mi się naszyjnik na jego szyi.
- Co to.? - Spytałam spoglądając na naszyjnik
- Medalion. Dostałem go od wuja.- Odpowiedział, a po jego policzku spłynęła łza.
- Czemu płaczesz.? - Spytałam zaniepokojona.
- Nie ważne. Teraz powinniśmy się wszyscy skupić na twoich mocach. - Odpowiedział ocierając kolejną łzę staczającą się po policzku.
- Nie. Charles. Proszę, powiedz mi proszę czemu płaczesz.
- Bo mój wuj zginął. A po za nim nie mam nikogo. A przynajmniej nie znam innych moich krwnych.
Charles zatrzymał się. Zdjął bluzę i położył ją na ziemi. Skinął głową dając mi sygnał abym usiadła. Posłuchałam go i usiadłam. Po chwili Charles usiadł obok mnie. Zdjął medalion i zaczął go oglądać.
- Nie lubię tego wisiorka. Irytuje mnie i przypomina mi wuja. - Powiedział po chwili, a na jego medalion spadła łza.
- A... jak zginął twój wuj.?- Spytałam patrząc na czerwony medalion.
- Zabił go jego przyjaciel. Niby przypadkowo ale jak dla mnie to nie mógł być przypadek. W końcu jak może być przypadkiem wbić komuś pazury w brzuch i zęby w szyję.? To tak jakbym ja niby przez przypadek  skręcił kark Louisowi. -  Charles przełkną ślinę, a do jego oczu napłynęły kolejne łzy. Po chwili kontynuował. - Widziałem to. Byłem w tedy z wujem w lesie. Miałem sześć lat. Byłem po mojej pierwszej przemianie w likantropa. Pierwsze przemiany odbywają się w wieku dojrzewania, ale ja miałem przemianę wcześniej. Wuj zabrał mnie wtedy do lasu. On był w postaci wilkołaka tak samo jak i ja. Szliśmy ścieżką, aż nagle wyleciał z za krzaków on. To był najlepszy przyjaciel mego wuja. A on...zabił go. Najpierw wbił swe szpony w jego brzuch. Wuj resztkami sił zmienił się w człowieka i powiedział abym uciekał. Mówiąc to z ust wydobywała mu się krew. Nagle jego przyjaciel zatopił zęby w jego tętnicę. Likantrop wyjął z mego wuja szpony i zęby po czym zwiał w las. Mój wujek leżał nagi na ściółce leśnej w wielkiej kałuży krwi. Skomlałem, wyłem, ale nikt nie zareagował. Nikt nie przyszedł. Leżałem zwinięty w kłębek obok wuja prawie cały dzień. Moja sierść była pozlepiana krwią. Nagle przypomniałem sobie czego wuj mnie uczył.- Charles przerwał opowieść by otrzeć łzy i przełknąć ślinę. Po chwili znowu kontynuował. - Podniosłem się i myślałem, że udźwignę wuja, lecz się myliłem. Zacząłem iść naszymi śladami. W końcu doszedłem do domu gdzie czekała na mnie ciotka, która była czarownicą tak jak ty. Zganiła mnie strasznie. Lecz zdziwiła się czemu nie ma ze mną jej męża. Gdy przemieniłem się z powrotem z likantropa w człowieka opowiedziałem jej o wszystkim co widziałem. Ona zaś poszła do sypialni jej i wuja i założyła mi na szynę medalion. Wiedziałem jak medalion był ważny dla wuja. Zawsze miał go przy sobie. Tylko w tedy zostawił go w domu jakby przeczuł, że zginie. Potem ciotka poszła sama do lasu po ciało męża. Mnie zostawiła z sąsiadką. I tak właśnie kończy się historia mego wuja. - Charles rozpłakał się.
Przytuliłam go i też zaczęłam płakać. Jak można zrobić coś tak okropnego.? I to swemu przyjacielowi. Nie umiem sobie tego nawet wyobrazić. Nagle zobaczyłam, że ktoś idzie w naszym kierunku. Był to chłopak o blond włosach. Miał mniej więcej czternaście lat. Stał na przeciwko nas i nachylił się do Charlesa.
- Dzisiaj pełnia- Powiedział chłopak.
- Tak. Wiem. Idźcie się pozamykać, albo jak wolicie. Tylko starajcie się nie atakować ludzi jeśli się nie zamykacie. Pamiętaj o tym Luck.- Odpowiedział Charles uśmiechając się do chłopaka, a ten pobiegł do lasu. 
Podniosłam się z bluzy i czekałam aż Charles powtórzy mą czynność. Gdy to uczynił założył bluzę na me ramiona. Postanowiliśmy wrócić do domu. Nagle zobaczyłam, że Charles nie ma już amuletu.
- Co zrobiłeś z amuletem.? - Spytałam.
- Nie chcę go nosić podczas przemiany. Boję się, że go zgubię albo coś. - Odpowiedział Charles uśmiechając się lekko.
Gdy szliśmy Charles nagle upadł na kolana. Przestraszyłam się i kucnęłam przy nim. Z jego oczy zaczęły płynąć łzy. Oczy powiększyły się, a źrenice się rozszerzyły. Dłonie zaczęły się zmieniać w wilcze łapy, a zamiast paznokci zaczęły wyrastać szpony. Charles krzyknął. Uszy wydłużyły się, a klatka piersiowa zaczęła się rozszerzać. Spojrzałam na nogi. Były już całe porośnięte sierścią i były wydłużone. Spojrzałam na twarz, lecz zamiast ujrzeć ślicznej twarzy chłopaka zobaczyłam porośnięty sierścią wilczy pysk. Nagle koszulka pękła, a jej strzępy leżały obok cierpiącego chłopaka. Po chwili to samo stało się ze spodniami. Gdy chłopak już zakończył przemianę zawył. Po chwili na jego wycie odpowiedziały inne wilkołaki. Podniosłam się i zaczęłam biec. Nagle ujrzałam za sobą pędzącego wilkołaka. Musiałam się zatrzymać aby złapać oddech. W tym czasie likantrop dogonił mnie.
- Proszę. Nie zabijaj mnie. To ja, Megan. Charles powiedz, że mnie pamiętasz. - Powiedziałam przez łzy.
Wilkołak popatrzył na mnie po czym polizał mnie swym szorstkim językiem po policzku. Wyciągnęłam ku niemu dłoń lecz on się odsunął. Robiłam mały krok na przód. Charles zrobił to samo. Położyłam na jego głowie dłoń i przejechałam palcami po szorstkiej sierści stworzenia. Nagle ktoś zawył, a Charles odwrócił się i pobiegł do wołającego go stworzenia. Chciałam wrócić do domu, ale nie wiedziałam jak. Zostało mi więc tylko zostanie tutaj na polanie i czekanie aż coś mnie rozszarpie.

czwartek, 31 października 2013

Rozdział jedenasty

Minęły 3 tygodnie odkąd Louis trafił do szpitala. Przez cały ten czas myślałam o nim. Dzisiaj Charles zaproponował abyśmy poszli do kina. Zgodziłam się bo uznałam, że dobrze mi to zrobi. Przyzwyczaiłam się już nawet do tego, że Charles jest wilkołakiem.
Gdy wychodziliśmy z kina na ławce siedział jakiś mężczyzna w ciemnych okularach i wydawało mi się, że na nas patrzył. Postarałam się go zignorować i rozmawiać spokojnie z Charlesem. Nagle mężczyzna z ławki wstał i zaczął za nami iść. Cały czas czułam jego obecność. Gdy byliśmy przy wyjścia z budynku poczułam czyjąś rękę na ramieniu. Obrodziłam się, a za mną stał ten mężczyzna. Uśmiechnął się do mnie, a ja odskoczyłam i przytuliłam się do Charlesa.
- Nie poznajesz mnie.? Aż tak długo mnie nie było.?- Zaśmiał się mężczyzna.
- K... kim ty jesteś.?- Spytałam.
- Eh...no dobra. To ja. Louis.
Podbiegłam do niego i  przytuliłam się. Louis odwzajemnij uścisk i lekko mnie po czym się obróciliśmy. Mój wzrok spotkał się z oczyma Charlesa. Wyglądał na smutnego i szczęśliwego za razem. W końcu się odezwał.
- Miło, że już wróciłeś ze szpitala Louis...- Powiedział ze spuszczonym wzrokiem.
- A ty skąd wiesz, że ja byłem w szpitalu.?- Spytał.
- Mam swoje źródła- Zaśmiał się Charles- Nie no, Meg mi powiedziała.
- Aha.- Odpowiedział Louis i chwycił mnie za rękę.
Udaliśmy się wszyscy w kierunku mego domu. Louis i ja cały czas rozmawialiśmy, a Charles...a Charles patrzył się tylko w ziemię i nie odzywał się. Jakby był w swoim świecie i zapomniał o rzeczywistości. Co jakiś czas zerkał i robił minę zbitego psa. Nie podobało mi się to, że się tak zachowuje. To było dziwne. Jak byliśmy sami nadawał jak katarynka, a teraz.? Teraz nic.
Gdy byliśmy już pod domem Louis wszedł do mojego domu, a Charles stanął przy furtce.
- Nie wejdziesz.?- Spytałam.
- Nie. Nie chcę wam przeszkadzać.- Odpowiedział spuszczając głowę i patrząc w ziemię.
- No co ty.? Nie będziesz przeszkadzać.- Powiedziałam uśmiechając się i podnosząc jego głowę.
Po chwili uśmiechnął się niezręcznie, a ja chwyciłam go za rękę i wciągnęłam go na ogród po czym go lekko popchnęłam. Charles potknął się o własne nogi i prawie by się wywrócił na chodnik przed mym domem ale w ostatniej chwili złapał równowagę i obrzucił mnie złowrogim spojrzeniem, lecz po chwili zaśmiał się i poszedł dalej. Zamknęłam furtkę i dołączyłam do chłopaków w salonie. Rozprawiali właśnie o magii i jakiś istotach cienia. Nie chciałam się wtrącać więc usiadłam na fotelu i przysłuchiwałam się ich rozmowie. W pewnym momencie odgarnęłam włosy i odgarnęłam je na bok.
- Megan co to było.?- Odezwał się nagle Louis.
- Odgarnięcie włosów.? A przynajmniej tak sądzę.- Odpowiedziałam.
- Nie, nie o to chodzi. Chodzi o to co masz przy karku.
- Nie wiem. Chyba znamię. Mam je od urodzenia...
- Pokarz.- Powiedział Charles.
Po chwili podszedł do mnie, odgarnął mi  bardziej włosy i spojrzał na mój kark. Nagle odsunął się i spojrzał na Louisa zdziwionym wzrokiem. Skinął głową pokazując w ten sposób Louisowi, żeby zobaczył co tam jest. Louis wstał z kanapy i podszedł do mnie, a Charles zrobił krok w tył. Louis chwycił moją głowę i przyjrzał się memu znamieniu. Po chwili również zrobił krok w tył i znalazł się obok Charlesa.
- Widzisz to samo co ja.?- Powiedział przytłumionym głosem do Charlesa.
- Tak. Widzę...ale...jak to możliwe, że ani ty, ani ja tego nie zauważyliśmy.?- Odparł równie cicho Charles.
- Nie wiem...
Dotknęłam ręką znamienia po czym zakryłam je włosami. Nie wiedziałam o co chodzi. To przecież tylko jedno cholerne znamię, a oni zachowują się jakby zobaczyli jakieś diamenty albo Boga. Za moimi plecami słyszałam jak chłopacy szepczą o tym, czy pokazać mi coś czy nie. Ale chyba jednak stanęło na tym, że mi to pokarzą. Louis wyszedł z mojego domu lecz po jakiś dziesięciu minutach wrócił z jakimiś trzema książkami. Podał mi je i usiadł na kanapie. po chwili Charles dołączył do niego.
- Otwórz na 5 stronie. - Powiedział Louis.
Wykonałam polecenie wampira i otworzyłam książkę na stronie piątej. Były na niej wypisane jakieś słowa, których nie rozumiałam.
- Przeczytaj....hm...to i popatrz na dowolny przedmiot w pomieszczeniu. Ale lepiej wyjdźmy z tym na dwór co.?- Powiedział Charles i wskazał na jedno słowo.
- Tak. Masz rację Charles. Lepiej wyjdźmy przy tym z domu- Powiedział Louis.
Wzięłam gazetę i poszłam na dwór za chłopakami.
- Asamedahana. - Powiedziałam patrząc na gazetę leżącą na progu domu.
Nagle na moich oczach pojawił się ogień, a gdy zgasł na miejscu gdzie leżała gazeta pojawił się popiół i osmolony brók. Byłam przerażona. Co to miało być do cholery.?! Chłopacy wpatrywali się w miejsce po gazecie z wielkimi oczami.
- A nie mówiłem.?- Powiedział Charles do Louisa.

wtorek, 29 października 2013

Rozdział dziesiąty

Wstałam rano i zamierzałam udać się do salonu gdzie miał spać Charles. Zeszłam po schodach i podeszłam do kanapy .Spojrzałam na nią aby zobaczyć czy Charles jeszcze śpi. Na kanapie nie było Charlesa tylko jakiś straszny i pokryty sierścią stwór. Wyglądał jak przerośnięty pies. Spał tak skulany na kanapie. Byłam wstrząśnięta. Nie chciałam obudzić stworzenia więc nie krzyczałam. Postanowiłam, że zaczekam, aż zwierz sam się zbudzi. Usiadłam na fotelu i zaczęłam czytać książkę. A w każdym razie próbowałam. Cały czas miałam przed oczami szpony demona przekuwające brzuch wampira. Co prawda próbował mnie zabić ale mimo to był on żywą istotą, która miała prawo żyć. Zabijał żeby przeżyć...tak jak Louis. A właśnie...ciekawe co u niego. Mam nadzieję, że trzyma się on dobrze, i że niedługo go wypuszczą ze szpitala, no i, że będę się mogła do niego już niedługo przytulić. Tak strasznie mi go brak. Nigdy nie wybaczę sobie tego, że Louis mógł przeze mnie umrzeć.
Siedziałam tak i wpatrywałam się w sufit myśląc co by było gdybym nie poszła w tedy z Louisem tamtą drogą. Gdybym nie prosiła go o zostanie na noc. Na pewno nie byłby teraz w szpitalu. Nagle spojrzałam na leżące na kanapie stworzenie. A raczej chciałam spojrzeć bo nie było go tam. Rozejrzałam się w okół. Nie widziałam go jednak w okolicach kanapy. Nagle poczułam jakiś ciepły podmuch na mojej dłoni. Obróciłam głowę. Na ziemi siedziało to stworzenie. Miało ono nad okiem coś w stylu blizny. Stworzenie wyglądało jak pies. Spojrzał się na mnie swymi żółtymi, pięknymi oczyma. Zauważyłam w nich iskrę zaufania. 
Stworzenie zawyło. Nagle wstało i poszło gdzieś na górę. Po chwili z góry zszedł  ładnie ubrany i uczesany Charles. 
- Dzień dobry- Powiedział Charles uśmiechając się.  
- Hej...-Powiedziałam.- Co to miało być.?
- Ale co.?
- No ten pies, czy co to tam było.
- No...ja. Tak. To byłem ja.
- Ale jak to, ty.?!
- Jestem...jestem wilkołakiem...
Zamurowało mnie. Nie wiedziałam co powiedzieć ani co zrobić. Nagle przypomniała mi się sytuacja gdy zaatakowano Louisa. Zaatakowało go podobne stworzenie...czyli...czyli, że zaatakował i zranił go Charles.? Czy Charles chciał go zabić.? A jeśli tak to... to czemu.? To wszystko zaczyna mnie niepokoić. Prawie tak jak to, że zadaje się z ,, demonami '' . Najwyżej mnie zabiją... tak ... najwyżej mnie zabiją tak jak tego wampira, który na mnie napadł. Najwyżej będę widziała swoje wnętrzności na szponach jakiegoś wilkołaka. Albo jakiś wampir wyssie ze mnie krew. 
- Coś się stało.? - Spytał Charles wyrywając mnie z transu.
- Nie, nic, po prostu ... po prostu... zastanawiałam - Odpowiedziałam po chwili.
- Rozumiem jeśli teraz zaczniesz krzyczeć i mnie wyrzucisz albo uciekniesz. Bo w końcu kto by chciał zadawać się z potworem takim jak ja.
- No, jak to kto.? Ja.! - Powiedziałam po czym podbiegłam do niego i się do niego przytuliłam.
Charles po chwili odwzajemnił uścisk. Zatopiłam palce w jego włosach i zwiększyłam uścisk. Charles zdusił mnie jeszcze mocniej.
- Charles...- Powiedziałam słabo.
- Tak.?
- Czy mógłbyś mnie puścić.?
- Tak, tak, już, oczywiście, przepraszam.
- A zaprowadziłbyś mnie do sklepu.?
- Tak, oczywiście.
Założyłam trampki i bluzę, a Charles pomógł włożyć mi katanę i wyszliśmy. 
Na każdą osobę, która obok nas przechodziła Charles warczał i patrzył na nią złowrogo swymi złotymi oczami. To było dziwne. Gdy weszliśmy do sklepu Charles obwąchiwał niektórych jakby byli nie wiadomo kim. Ale po co.?
Gdy wracaliśmy spytałam się go o to o co zamierzałam spytać od rana.
- Charles...czy ty znasz wampira o imieniu Louis.?
- Znam dużo wampirów- Odpowiedział ze śmiechem.
- Ale czy znasz takiego wampira jak Louis Smith.?
Charles zamilkł, a jego oczy pojaśniały.
- Znasz czy nie.?
- Tak...
- To ty go zaatakowałeś.?
- Nie...
- Wiesz kto.?
- Może...
- Charles do cholery.! Odpowiadaj mi całymi znaniami.!
- Tak wiem. Wilkołak z innej watahy. Louis to mój przyjaciel, nic bym mu nie zrobił. Nigdy. A co z nim.?
- Może umrzeć, jest w szpitalu.
- Jesteście razem.?
- Tak jakby.
Charles chwycił mnie za rękę i wepchnął w jakieś krzaki. Sam stanął przed nimi i chyba się z kimś bił. Siedziałam cicho i sparaliżowana ze strachu. Po jakimś czasie Charles mnie chwycił za nadgarstek i zaprowadził do domu. Na jego wardze zobaczyłam ranę, a z jego nogi lała się krew.
Gdy doszliśmy do domu otworzyłam drzwi i zaprowadziłam Chalesa do salonu, po czym rzuciłam go na sofę. Podwinęłam nogawkę jego janesów. Rana była bardzo głęboka. Pobiegłam sprintem do łazienki po wodę utlenioną, gazę i bandaż. 
Oblałam nogę Charlesa wodą utlenioną, a on żałośnie zaskomlał. Przyłożyłam Gazę do rany i owinęłam ją mocno bandażem. Po skończonej ,, operacji '' usiadłam na kanapie obok Charlesa. Oparłam głowę o jego ramię. Siedzieliśmy tak sobie w ciszy jakieś dziesięć minut, aż nale zadzwonił mój telefon. Dzwonili ze szpitala. Powiadomili mnie, że stan Louisa się polepsza i, że może już niedługo wyjdzie z narkozy i ze szpitala.

Rozdział dziewiąty

Lekarz oznajmił mi iż Louis jest w gorszym stanie niż był oraz, że może on umrzeć. Me oczy wypełniły się łzami.  Louis teraz będzie w narkozie do póki jego stan nie polepszy się. Byłam oszołomiona. Szybkim krokiem kierowałam się do wyjścia. Gdy byłam już przy drzwiach na zewnątrz stał chłopak, który uratował mi życie. Przyjrzałam się mu dokładniej. Miał brązowe włosy, strasznie jasną skórę i bliznę przy łuku brwiowym. Gdy spojrzał w moją stronę zobaczyłam, że ma on bardzo ciemne oczy. Gdy mnie ujrzał ( niestety ) otworzył drzwi i chwycił mnie za nadgarstek po czym wyciągnął mnie na dwór.
- Nie boisz się tak sama chodzić po lesie.?- Spytał śmiejąc się.
- Nie, a bo co.?- Odpowiedziałam z pogardą.
- Nie, nic, ale to nie bezpieczne, żeby taka dziewczyna jak ty...
- Weź spadaj gościu.! Nawet cię nie znam.!- Przerwałam mu.
- Tak. Masz rację, przepraszam, że się nie przedstawiłem. Jestem Charles.- Powiedział jedną ręką przeczesując włosy, a drugą podając mi.
- Megan...- Odpowiedziałam podając rękę i niezręcznie się uśmiechając.
- Może odprowadzę cię do domu.?- Spytał po chwili.
- No ok. Jak chcesz...- Powiedziałam spuszczając głowę na dół.
 Ruszyliśmy więc ku memu domowi. Gdy doszliśmy do rozwidlenia dróg stanęliśmy na środku rozstaju dróg. Patrzyłam raz  na skrót przez las, a raz na długą ulicę, która ciągnęła się nie wiadomo jak daleko.
- No to którędy idziemy.?- Spytał nagle Charles.
- Nie wiem...chyba skrótem. Będzie szybciej.- Odpowiedziałam nie pewnie.
- Ale...zaczyna się ściemniać...
- Wiem, że się ściemnia ale chcę być szybciej w domu. 
- No...no ok.
Po tych słowach wypowiedzianych przez Charlesa ruszyliśmy w stronę tego pieprzonego lasu. Szliśmy bardzo wolno i rozmawialiśmy. Gdy byliśmy już przy wejściu do lasu cały czas słyszałam jakieś dziwne dźwięki. Bałam się iść tym lasem ale chciałam być jak najszybciej w domu. Było ciemno. Księżyc był w połówką ale bardzo jasno świecił. Nagle ktoś lub coś śmignęło nam przed oczami.  Przeszedł mnie dreszcz i lekko odskoczyłam do tyłu.
- Charles...co ty było.?!- Spytałam.
- Nie wiem...może miałaś zwidy.
- Być może...
Szliśmy dalej tym ciemnym lasem. Nagle zauważyłam kogoś na drodze. Przyjrzałam się mu bliżej. By to ten sam wampir, który napadł na mnie wcześniej. Charles chyba też go zobaczył. Chciałam na niego spojrzeć ale...ale jego obok mnie nie było. Uciekł.? Chyba tak. A ja mu zaufałam. Chciałam się cofnąć ale...on już mnie zauważył. Po chwili już obok mnie był. Stał na przeciwko mnie i wpatrywał się we mnie tymi swoimi czerwonymi oraz błyszczącymi oczyma i przyciskał mnie do drzewa. Ale czemu on się tak na mnie uwziął.? Czemu akurat ja.? No ja się pytam czemu.?! Wampir chuchał na mnie swym lodowatym oddechem. Zamknęłam oczy i czekałam na to co się stanie, a raczej co się miało stać. Nagle przestałam czuć oddech wampira. Spojrzałam na nie, a on patrzył się na swój brzuch, w który miał wbite jakieś ostrza. Po chwili ostrza wysunęły się z brzucha umierającego wampira, który osunął się na ziemię. Przede mną stał stwór, który uratował mnie gdy szłam do szpitala. Spojrzałam na potwora przede mną. Na jego szponach widniały wnętrzności oraz krew wampira. 
Potwór podszedł pod drzewo i wykopał pod nim dziurę. Następnie wziął martwe ciało wampira i wrzucił je do głębokiej dziury po czym zakopał świeże zwłoki. Stałam sparaliżowana i patrzyłam na stworzenie. Potwór po chwili uciekł. Gdy otrząsnęłam się zobaczyłam jak Charles stoi przede mną w krzywo zapiętej koszuli i uśmiecha się do mnie przyjaźnie.
 - Co to miało być.?! Czemu zostawiłeś mnie samą.?!- Powiedziałam ze łzami w oczach.
- Nie.! Nie zostawiłem cię. Cały czas przy tobie byłem.- Odpowiedział mi Charles.
- Tutaj był tylko jakiś wampir i jakiś wilk.!
- Nie jakiś wilk tylko wilkołak jak już.!
- Co.? Skąd wiesz.?
- Widziałem go...
- To byłeś ty.?
- Nie...
Na tym zakończyła się nasza rozmowa. Szliśmy dalej w ciszy i mroku...no może nie całkowitej ciszy bo Charles cały czas gwizdał mi nad uchem. Spojrzałam na niego surowym wzrokiem, a on uciszył się. Przez  resztę naszej wędrówki Charles patrzył się w ziemię i kopał leżące w lesie szyszki lub kamienie.
- Dobra. To pa. Dobranoc- Powiedział Charles gdy byliśmy na początku mojej ulicy.
- Nie.! Nie idź. Proszę. Boję się.
- Ale...ale ja muszę iść.
- Czemu.?
- No bo nie mogę na noc. Mogę być rano ale...ale nie na noc. Nie chciałabyś widzieć jak się budzę.
- Ja też  Afrodytą nie jestem o poranku. Przeżyję. Uwierz.
- No ok...ale nie krzycz gdy się rano obudzisz.

niedziela, 27 października 2013

Rozdział ósmy

( Czytając owy rozdział proszę obyś posłuchała/posłuchał piosenki z yt. Dziękuję :) )
Podniosłam się z podłogi, którą można powiedzieć, że umyłam łzami. Podniosłam się więc i udałam do pokoju Louisa. Usiadłam na jego łóżku i chwyciłam go za tą jego lodowatą bladą dłoń. Przeszedł mnie dreszcz. Ja mu nie pozwolę umrzeć. Położyłam swą dłoń na jego piersi. Poczułam jak bije mu serce.  Ulżyło mi. Przynajmniej wiedziałam, że żyje. W końcu podniosłam się z łóżka i udałam się w kierunku drzwi.
Przy drzwiach spojrzałam jeszcze raz na Louisa, a po moim policzku spłynęła łza. Minęłam próg i zamknęłam drzwi. Idąc korytarzem mijałam kilka osób w poczekalni. Prawie wszyscy patrzyli na mnie jak na jakąś pomyloną. Minęłam próg szpitala i uznałam, że dzisiaj zwagaruję z lekcji. Udałam się do domu przez ten głupi ciemny las nie zważając na co lub kto tam może się kręcić. Wszystko było mi już obojętne. Może to głupio zabrzmi ale ja kocham Louisa. Tak. Kocham go mimo, że znam go tylko 3 dni. Czy to miłość od pierwszego wejrzenia.? Być może.
Gdzieś tak w połowie lasu zatrzymałam się i usiadłam pod drzewem. Wyjęłam książkę z biblioteki i zaczęłam czytać. Nie wyczytałam tam nic ciekawego po za tym, że gdy inny stwór cienia zrani wampira to wampir nie regeneruje się, że rana nie goi się od razu, że...że wampir może umrzeć. Cały czas czytam to samo zdanie: ,, Gdy wampira ugryzie drugi wampir lub gdy zrani go inna istota cienie, wampir nie goi się. Wampir może w tedy umrzeć.'' W głowie cały czas mam te zapisane słowa: ,, Wampir może w tedy umrzeć, wampir może w tedy umrzeć.'' A co jeśli Louis umrze.? Co w tedy zrobię.? Przecież to będzie moja wina. Tylko i wyłącznie moja wina. 
Podniosłam się z ziemi, po czym otrzepałam spodnie. Usłyszałam za sobą jakiś szmer. Obróciłam się szybko żeby zobaczyć co to było.  Nic jednak nie zobaczyłam. Obróciłam się z powrotem do drzewa i wróciłam do otrzepywania spodni ze ściółki leśnej. Nagle coś przydusiło mnie do drzewa. Trzymało mnie za szyję i uniosło moją głowę ku górze. Spojrzałam na postać, która na mnie napadła. Postać miała błyszczące oczy i bliznę na szyi. Osoba odgarnęła me włosy z szyi i otworzyła usta. Stwór miał białe długie kły. Doszłam w tedy do wniosku iż to był wampir. Przygotowałam się już na śmierć. Zamknęłam oczy, a w myślach powiedziałam Louisowi, że go kocham, a po moich pliczkach spłynęły łzy.
- Co ty.? Płaczesz.?- Spytał mój napastnik.
- Tak...ale jak jesteś głodny to pij.! Co ja Ci będę bronić.?- Odpowiedziałam z trudem łapiąc powietrze. 
Wampir pokiwał głową jakby wytrząsał z niej myśl o współczuciu i powoli zaczął przykładać usta do mojej tętnicy.
Nagle upadłam na ziemie, a wampir leżał kilka metrów ode mnie na ziemi, a na nim jakaś włochata bestia. Stałam jak sparaliżowana. Patrzyłam się na te dwie postacie, które walczyły ze sobą. Nagle włochaty potwór wstał z wampira, a ten gdzieś zniknął.  Stwór położył się na ziemi i skomlał. Miał psi pysk, ale miał z około dwa metry. Prześledziłam to coś wzrokiem, z łapy stwora leciała krew, a on skomlał jak pentany. Podeszłam do wilkopodobnego stworzenia, a on warknął.
- Spokojnie...- Powiedziałam podchodząc bardzo wolno.- Nic ci nie zrobię...
Stworzenie chyba mi zaufało. Położyło pysk na ziemi i śledziło mnie wzrokiem. Podeszłam do tego i położyłam rękę na jego łbie. Nagle stworzenie podniosło się i pobiegło dalej w las. ,, Czy to był wilkołak.?''- Pomyślałam, i chyba miałam rację.
Bojąc się iść dalej lasem cofnęłam się i udałam się znowu w kierunku szpitala. Moja torba była cała brudna, z resztą jak i ja.
Szłam polną drogą, aż ujrzałam za drzewami zarys dużego budynku szpitala. Usłyszałam za sobą szmer i łamane gałęzie. Zaczęłam biec, obejrzałam się. Za mną biegł jakiś chłopak. Nie zatrzymałam się. Biegłam ile sił w nogach, aż wybiegłam na ulicę. Stanęłam na środku ulicy. Spojrzałam w bok. Prosto na mnie jechał samochód osobowy, a kierowca gadał przez telefon. Strach mnie sparaliżował. Nie mogłam się ruszyć. Nagle wylądowałam na chodniku, a samochód przejechał przede mną ze spokojem. Na mnie leżał  jakiś chłopak...to był ten chłopak, który biegł za mną z lasu. Wstałam szybko i pobiegłam z trudem do szpitala.
Gdy minęłam próg szpitala pierwsze co zrobiłam to usiadłam na ławkę w poczekalni i odetchnęłam głęboko. Po chwili jednak wstałam i poszłam do pokoju, w którym znajdował się Louis. Uchyliłam drzwi. Louis miał otwarte oczy i patrzył się w okno.
- Hej...można.?- Spytałam szeptem.
- Hej...tak, wejdź...- odpowiedział słabo Louis i zamknął oczy.
Położyłam się koło niego, a on objął mnie ramieniem. Po chwili zasnęłam.
Obudził mnie po jakimś czasie dźwięk elektrokardiografu. Elektrokardiograf wydawał coraz dłuższe dźwięki, nagle do pokoju wbiegli lekarze. Jeden z nich mnie wyprosił. Zaczęłam się bać. Oparłam się o ścianę i wpatrywałam się w zamknięte drzwi od pokoju. Nagle z pomieszczenia wyszedł lekarz i popatrzył na mnie.
- Co z nim będzie.?!- Spytałam na skraju załamania nerwowego.
Lekarz otworzył usta. Nie powiedział jednak tego co zamierzałam usłyszeć.

poniedziałek, 21 października 2013

Rozdział siódmy

Obudziłam się obok Louisa. Szybkim ruchem wstałam z łóżka. Poszłam do łazienki i spojrzałam w lustro. Czułam się strasznie.  Znam kolesia ledwo 2 dni a już...nie, nie mogę w to uwierzyć. Nie umiem nawet na siebie spojrzeć. 
Po chwili poczułam jak ktoś mnie obejmuje. 
- Hey kochanie- Powiedział Louis całując mnie w szyję.
Jego usta były takie ciepłe, takie delikatnie takie...co ja gadam.?! 
- Hey Lou- Odparłam wpatrując się w podłogę.
Louis delikatnie podniósł moją brodę i spojrzał mi w oczy. Byłam zakłopotana.
Louis podniósł mnie i zaniósł do salonu. On poszedł do kuchni, a ja miałam zamiar iść po gazetę. Gdy wyszłam na schody w cieniu na działce na sprzedaż na przeciwko mego domu stała gróbka ludzi. To byli oni. Wampiry. Tam był ten Chad, który wczoraj chciał mnie zabić. Wszyscy wpatrywali się w mój dom. Dlaczego uwzięli się na mnie.? Mają tyle ludzi w okolicy, a oni wybrali akurat mnie.? Serio.? Eh...dziwacy. Wzięłam gazetę i weszłam powrotem do domu. Tam usiadłam na fotelu i zaczęłam czytać. Co jakiś czas  wychylałam się z nad gazety i śmiałam się z Louisa, który próbował zrobić naleśniki. Gdy raz próbował jednego podrzucić spadł mu na twarz, co wyglądało przekomicznie.
Wyglądaliśmy jak małżeństwo mimo to, że znamy się zaledwie 2 dni. Nie wierzę w przeznaczenie i w miłość od pierwszego wejrzenia ale powoli zaczynam w to wierzyć. Trochę przeraża mnie to iż Louis jest wampirem ale...trudno. Nikt nie jest idealny, prawda.?
- Ah...te niedzielne poranki...- Powiedział Louis zerkając na mnie.
Zaśmiałam się.
- Tak, Louis te niedzielne poranki...hahaha- Odpowiedziałam śmijejąc się.
- Masz zaraźliwy śmiech- Powiedział Louis również się śmiejąc.
Wstałam z fotela i stanęłam obok stołu. 
- No siadaj, na co czekasz.?- Spytał Louis.
- No już siadam, spokojnie- Odpowiedziałam uśmiechem na twarzy.
Usiadłam na krzesło, a Louis podstawił mi pod twarz talerz z naleśnikami. Usiłowałam to zjeść ale nie mogłam. Ale nie chciałam też zrobić Louisowi przykrości. Zmusiłam się więc i wepchnęłam sobie do ust prawie całego naleśnika. Louis spojrzał na mnie z niewyraźną miną lecz uśmiechnął się.
Gdy już zjadłam uznałam, że pozmywam i pójdę do biblioteki. Tak też zrobiłam. Lecz Louis powiedział, że nie puści mnie samej i, że mnie odprowadzi. Gdy otworzyłam drzwi postaci z placu na przeciwko od razu spojrzały się w moją stronę, a Chad zrobił krok w moją stronę. Lecz gdy po chwili z mego domu wyszedł za mną Louis Chad cofnął się, a reszta jego towarzyszy obróciła swój wzrok. Dziwiło mnie to. Przecież Louis to zwykły wampir, tak jak i oni. Nikt nadzwyczajny...a przynajmniej tak mi się wydaje. Chyba niczym nie różni się od reszty...chyba.
Gdy weszliśmy już do biblioteki, weszłam do działu z książkami ,, Paranormalnymi '' ( Jak to nazywała bibliotekarka) . Dla mnie to są po prostu książki fantasty, o wilkołakach, maugach, wampirach, wiedźmach, nekrotofach, skrzatach i tym podobnymi. Wzięłam jakąś książkę o wampirach, bo uznałam, że może tam dowiem się czegoś ciekawego o wampirach. Podeszłam do jednej z ławek/stołów i otworzyłam książkę po czym zaczęłam ją czytać. Louis wziął jakąś książkę z działu romansu i usiadł na przeciwko mnie. Co jakiś czas Louis zerkał na mnie z nad książki i patrzył tymi swymi błyszczącymi oczami i szczerzył swe cudne kły. Spojrzałam na ramie Louisa, w które niedawno go udrapnęłam. Jego ramie wyglądało jakby nic mu się nie stało, a ja przecież dobrze pamiętam, że go w nie udrapnęłam. Ale...to w końcu wampir, a wampiry się szybko regenerują.
Gdy przeczytałam jakąś jedną czwartą książki bibliotekarka wyrzuciła nas z biblioteki bo była już 21. Wypożyczyłam więc od niej książkę o wampirach i udaliśmy się z Louisem w kierunku mego domu. Uznaliśmy, że pójdziemy dłuższą drogą. Tak też uczyniliśmy.  Obeszliśmy prawie całą ulicę, na której miałam dom. Ulica, na której znajdował się mój dom znajdowała się niedaleko lasu. Uznaliśmy więc z Louisem, że pójdziemy do mnie przez ten lat. Tak też uczyniliśmy.
Gdy byliśmy już niedaleko mego domu z krzaków coś wyleciało na Louisa. Oczy stworzenia świeciły się. Nie był to jednak wampir. Stworzenie jednym ciosem swej masywnej łapy odrzuciło mnie i upadłam na ziemię. Louis momentalnie podniósł się i ugryzł stworzenie. Stwór jednak udrapnął ( a przynajmniej tak to wyglądało.) Louisa w plecy. Po czym uciekło skomląc.
- Co to było.?!- Spytałam przerażona.
- To.? To był wilkołak...-  Powiedział Louis usiłując podnieść się z ziemi.
Po chwili jednak upadł.
- Co jest.?! - Krzyknęłam podbiegając do Louis. 
Uniosłam go lekko i spojrzałam na  plecy Louisa. Krwawiły. I to mocno. Zadzwoniłam na pogotowie.
Gdy pogotowie przyjechało zawieziono Louisa do szpitala. Pojechałam z nimi. Gdy lekarz wyszedł z sali, w której był Louis podniosłam się.
- I co z nim będzie.?- Spytałam.
- Nie wiadomo czy przeżyje, ale jego stan jest w miarę dobry i zadziwiający. Dziwne jest to, że jeszcze nie umarł.- Odpowiedział lekarz po czym poszedł.
Ale jak to ,, Może umrzeć''.?! Przecież to wampir.! A wampiry są podobano nieśmiertelne i cholernie szybko się regenerują, więc o co chodzi.?! Jakie umrzeć.?!

niedziela, 20 października 2013

Rozdział szósty

Leżałam na łóżku i patrzyłam się w sufit. Myślałam o Louisie. O nim i o tym co robi. Tak, to złe, ale on to robi aby się wyżyć, a nie bo jest po prostu mordercą. I dlatego, że śmierć sprawia mu przyjemność. W sumie to mogę go chronić przed glinami ale nie chcę. Gdybym do niego nie czuła tego całego głupiego zauroczenia to od razu bym go wydała. Że też to zawsze ja mam takiego pecha. No trudno. Trzeba  to przetrwać. Może zaraz mi to zauroczenie przejdzie, a przynajmniej mam taką nadzieję.
Wstałam z łózka i poszłam do salonu. Spojrzałam na zegarek. Była pierwsza w nocy. Nagle usłyszałam dźwięk mojego telefonu. Poszłam do mojego pokoju i wzięłam telefon do ręki. 
- O, SMS od mamy. Jak miło - Powiedziałam sama do siebie.
,, Witaj kochanie. Przepraszam jeśli Cię budzę. Chciałam Ci tylko przekazać, że muszę zostać w LA na dłużej. Będę Ci wysyłać pieniądze. Jesteś już dużą dziewczynką i mam nadzieję, że nic głupiego nie zrobisz. Nie nadużyj mojego zaufania do Ciebie. Kocham mama.''. ,,Eh...serio.?! To może niech tam już zostanie na zawsze, a nie, że jej się przedłużył pobyt. Ja jakoś sobie poradzę.! '' - Pomyślałam. 
Po chwili ochłonęłam i poszłam na ogród. Usiadłam na ławce pod drzewem obok wejścia do domu. Zaczęłam się zastanawiać nad tym czy moja mama serio ma tam wydłużony pobyt czy może coś się stało. Albo czy po prostu ma mnie dość. W sumie gdybym ja miała taką córkę to też miałabym jej dość, więc rozumiem moją mamę. Ale może mi o tym powiedzieć, a nie uciekać do LA.
Oparłam się plecami o opacie ławki. Nale spojrzałam na pusta działkę do wykupienia na przeciwko mojego domu. Albo mi się wydawało alby widziałam tam dwoje świecących oczu. Po chwili przetarłam moje oczy. Spojrzałam w ciemność jeszcze raz. Chyba się jednak nie myliłam. Ale teraz tych ,, ogników '' było więcej. I wszystkie oczy było skierowane na mnie. W moim kierunku. To było przerażające. Nagle jedna para oczu zaczęła się zbliżać w moją stronę. Zamarłam. Nie wiedziałam co robić. Bałam się nawet podnieść z ławki. Osoba o iskrzących oczach jakby zaczęła iść szybciej. Moje serce biło jak młot. Nagle zobaczyłam wyłaniającą się z cienia postać. 
Owa osoba uśmiechnęła się szeroko obnażając swe długie białe kły. Postać miała twarz oszpeconą blizną.  Blizna przechodziła przez prawie całą twarz. Chłopak stanął na środku drogi.
- Ej.! Ludzie kolejna ofiara.! Chodźcie.! - Krzyknął do swych towarzyszy.
Czułam jakby moje serce zaraz miało wyskoczyć mi z klatki piersiowej. Byłam przerażona. Nagle coś z prędkością światła powaliło wampira na ziemię. Reszta zbliżających się wampirów znikła jakby przerażona. 
- C,c,co ty tutaj robisz Louis.?- Spytał wampir z paniką w głosie.
- Jestem.! A ty idź stąd i nie wracaj Chad.! Jasne.?! - Ryknął Louis.
- No, dobrze, ale mnie pość. Proszę- Powiedział Chad.
Louis wyzwolił Chada, a ten podniósł się.
- Jeszcze się spotkamy- Powiedział Chad patrząc na mnie.
Louis przeskoczył przez płot i po chwili był już obok mnie. Byłam zdumiona. Co on tutaj robił.? Ale on...on uratował mi życie. Jestem mu  wdzięczna.
Nie odzywałam się. Po prost siedziałam na ławce i wpatrywałam się w miejsce gdzie jeszcze nie dawno stał wampir o imieniu Chad. Louis uznał chyba, że go tu nie chcę i udał się w kierunku furtki.
- Louis...- Powiedziałam nadal wpatrując się w pustą przestrzeń- Zostań. Proszę. Boję się.- Wymamrotałam a po moim policzku potoczyła się łza.
Louis obrócił się w moją stronę i zbliżył się do mnie. Ja wstałam z ławki i przytuliłam się do niego. Miałam ochotę już nigdy go nie puścić.
Poszłam z Louisem do domu. Zamknęłam drzwi na wszystkie możliwe spusty. Zaprowadziłam Louisa do mojego pokoju. 
Louis stał pod oknem i wpatrywał się w ciemność, a ja stałam pod drzwiami i patrzyłam na niego.
- Louis...dziękuję ci...- Powiedziałam cicho.
- Nie ma za co- Odparł Louis nadal wpatrując się w okno.
Zapadła chwila ciszy. Tej głupiej i niezręcznej ciszy, której tak bardzo nie lubiłam. Podeszłam do Louisa. Louis momentalnie się obrócił i pocałował mnie.
- Jesteś dla mnie całym światem. Proszę cię uważaj na siebie- Powiedział mi Louis na ucho.- Kocham cię- Dodał po chwili.
Założyłam swoje ręce na szyi Louisa i pocałowałam go. Louis uniósł mnie, a ja oplotłam swoje nowi wokół jego pasa.
Po chwili Louis rzucił mnie na łóżko i położył się obok. Znowu zapadła chwila ciszy. Po chwili zaczęliśmy się śmiać.
Louis wstał z łóżka i zaczął się na mnie patrzeć i czułością. Ja po chwili także wstałam. Wpatrywaliśmy się w siebie jakiś czas. Nagle Louis zaczął mnie całować i wywaliliśmy się na łóżko. 
Może to dziwnie zabrzmi ale przy Louisie czuje się bezpiecznie.

niedziela, 6 października 2013

Rozdział Piąty

Rzuciłam się na łóżko. Mój pokój wypełniał mrok oraz cisza. Bałam się. Nie było w domu nikogo prócz mnie. Nigdy nie rozmawiałam z mamą. Nie słuchałam jej i olewałam ją, kłóciłyśmy się przez co w domu zawsze było w miarę głośno. Zawsze marzyłam aby być w domu sama, ale teraz brakuje mi mamy, właśnie teraz gdy muszę z nią porozmawiać, nie ma jej. 
Podniosłam się z łóżka i wyjrzałam przez okno. Przed bramą stał Louis. Wpatrywał się w moje okno i uśmiechał się, obnażając swe śnieżnobiałe kły. Po jego ustach znów ściekała czerwona ciecz, a w ręku trzymał kwiat róży. Jestem ciekawa ile on zabił ludzi i czy zabije też mnie. 
Wstałam z łóżka i wzięłam jakąś książkę z półki. Chciałam ją czytać lecz co chwilę na kartki padały krople mych łez. Moje oczy były załzawione i nie widziałam liter. Odłożyłam więc książkę na półkę i podeszłam do okna. On cały czas tam stał. Czułam się obserwowana. Uznałam jednak iż wyjdę przed dom i postaram się go wypędzić.
Zeszłam więc na dół po czym otworzyłam drzwi i wyszłam na ogród. Louis spojrzał na mnie z czułością.
- W końcu zeszłaś...- Powiedział śmiejąc się.
- Tak w końcu zeszłam i proszę cię abyś poszedł bo czuję się niezręcznie gdy ktoś patrzy się w moje okno.! - Powiedziała podnosząc lekko głos.
- Dobrze ale chciałem cię przeprosić za ten incydent w parku. Poniosło mnie. Proszę wybacz mi i weź owy kwiat.- Odpowiedział Louis spuszczając wzrok na ziemie i podając mi kwiat róży.
Bez słowa wzięłam od niego różę. Louis obrócił się na pięcie i zaczął powoli iść. Ciągnął nogami po ziemi. 
- Louis...- Powiedziałam cicho oraz niezręcznie uśmiechając się.
- Tak.?!- Powiedział Louis obracając się oraz uśmiechając się bardzo szeroko.
- Czemu to zrobiłeś.?
- Ale co.?
- No...to w parku...
- Sam nie wiem...ludzie chyba całują innych w tedy gdy coś czują do innej osoby.
Zapadła cisza. Louis spuścił głowę i wpatrywał się w ziemię, tak jak i ja. Doszłam do wniosku, że ja chyba też coś do niego czuję. Coś więcej niż do znajomego. Czy...czy on mnie zauroczył.? Być może, ale czy to przez manipulację mną i moim umysłem.? Czy to moje serce wybrało akurat jego. Nie można zakochać się w jeden czy tam w dwa dni...a jeśli można.? Ale przecież ja nic o nim nie wiem.
Po chwili poczułam, że coś unosi moją głowę ku górze. Uniosłam oczy i spojrzałam na Louisa. Patrzył na mnie swymi świecącymi oczami. 
,, On oczy ma jak gwiazdy i twarz jak ze snu, tak kocham na nią patrzeć''- Pomyślałam...ale...co.? co ja myślę.?! To jest wampir, on zabija ludzi.! A ja coś do niego mam czuć.? Do mordercy.? Do potwora.? Do krwiopijcy.?! O, nie, nie mogę.! Ale...ale on jest taki cudowny...nie umiem mu się oprzeć, choć muszę. Po chwili poczułam jego usta na moich. Byłam zakłopotana i zdziwiona lecz po chwili odwzajemniłam pocałunek.
Po jakiejś niecałej minucie oderwałam swe wagi od warg Louisa. Od ust do podbródka miał zaschniętą krew. Wyjęłam z kieszeni paczę chusteczek i wyjęłam jedną. Poszłam na chwilę od domu i namoczyłam koniec chusteczki. Wróciłam do Louisa i starłam mu zaschniętą krew z brody.
- Louis...chyba powinieneś już iść do domu...a po za tym jestem zmęczona i chcę iść spać...- Powiedziałam.
- Tak, masz rację...to ja już pójdę...dobranoc Meg...- Powiedział Lou i pocałował mnie w policzek.
- Dobranoc Louis- Odpowiedziałam nie patrząc na niego.
Po chwili Louis zniknął mi z pola widzenia. Ja udałam się do mego pokoju. Położyłam się na łóżku, a po moich policzkach ściekły łzy. Co ja zrobiłam.? Jak ja mogłam.? Ja nie mogę czegoś do niego czuć, to nie ludzkie. I jeszcze mam go kryć przed tym, że zabija ludzi.?Ja nie mogę... ja nie potrafię... lecz z drugiej strony...serce nie sługa. Ale ja nie mogę być w nim zauroczona, po prostu nie mogę.!

piątek, 4 października 2013

Rozdział Czwarty

Wstałam z ziemi. Zamknęłam drzwi na zamek. Zsunęłam się po nich na ziemię. Siedziałam pod tymi drzwiami, a z mojej ręki  leciało coraz więcej krwi. Każdy oddech sprawiał większy ból. Położyłam rękę na podłodze. Po 2 minutach spojrzałam na ziemię. Po kafelkach płynęła strużka mojej krwi.
Nagle spojrzałam na okno, a później na apteczkę. Zamknęłam drzwi na klucz i podpełzłam do apteczki. Wyjęłam z niej: gazę, bandaż oraz wodę utlenioną. Przemyłam ranę wodą. Syknęłam cicho. Przetarłam ranę gazą i owinęłam przecięcie bandażem. Podeszłam do okna po czym otworzyłam je. Przerzuciłam nogi przez parapet, chwyciłam rękoma framugi okna i odepchnęłam się. Pod oknem był jakiś kolczasty krzew ( chyba róża ). Miałam więc całe podrapane nogi oraz ręce. 
Wybiegłam przed bramę domu. Chciałam udać się do parku. Poszłam więc w jego kierunku.
Gdy doszłam do parku, na ławce siedział Louis z założonymi rękoma, a z jego ust spływała bodajrze krew. Usiadłam na krańcu ławki. Zerknęłam na Louisa.
- Krew ci leci.?- Spytał po chwili Louis patrząc na moją ręknę oblizując swe białe i  długie kły.
- Yyy...nie- Odpowiedziałam po chwili wachając się lekko i zakrywając nadgarstek.
- Przecież czuję tu krew.!- Krzyknął Louis pociągając nosem.
- To fajnie...- Powiedziałam szeptem zakładając włosy za ucho i nie patrząc w oczy Louisa, byłam zakłopotana.
- Haha...boisz się mnie.?- Spytał przysuwając się do krańca ławki na którym siedziałam.
Nie odpowiedziałam. Gdybym mogła odsunęłabym się dalej, ale się nie da.
- No odpowiedz.!- Ryknął na mnie Lou.
- Proszę...odejdź...- Powiedziałam, spojrzałam na Louisa, a w moich oczach pojawił się lęk.
- Odpowiedz mi.!
- Tak.! Boję się ciebie.! A teraz już idź.!
- Nie.!
Zerwałam się z ławki. Louis chwycił mnie za nadgarstek i przyciągnął do siebie. Nagle jego usta znalazły się na moich. Byłam oszołomiona. Oderwałam się od niego i drapnęłam w przedramię. Louis dalej siedział w początkowej pozycji lecz teraz miał na swojej skórze ślady moich paznokci. 
Pobiegłam do domu. Wbiegłam do pokoju i zaczęłam płakać. Bałam się go cholernie, kto wie co on może mi zrobić.? A teraz jeszcze wie gdzie mieszkam i w każdej chwili może do mnie przyjść. To straszne. Przecież on mnie może zabić.!