Lekarz oznajmił mi iż Louis jest w gorszym stanie niż był oraz, że może on umrzeć. Me oczy wypełniły się łzami. Louis teraz będzie w narkozie do póki jego stan nie polepszy się. Byłam oszołomiona. Szybkim krokiem kierowałam się do wyjścia. Gdy byłam już przy drzwiach na zewnątrz stał chłopak, który uratował mi życie. Przyjrzałam się mu dokładniej. Miał brązowe włosy, strasznie jasną skórę i bliznę przy łuku brwiowym. Gdy spojrzał w moją stronę zobaczyłam, że ma on bardzo ciemne oczy. Gdy mnie ujrzał ( niestety ) otworzył drzwi i chwycił mnie za nadgarstek po czym wyciągnął mnie na dwór.
- Nie boisz się tak sama chodzić po lesie.?- Spytał śmiejąc się.
- Nie, a bo co.?- Odpowiedziałam z pogardą.
- Nie, nic, ale to nie bezpieczne, żeby taka dziewczyna jak ty...
- Weź spadaj gościu.! Nawet cię nie znam.!- Przerwałam mu.
- Tak. Masz rację, przepraszam, że się nie przedstawiłem. Jestem Charles.- Powiedział jedną ręką przeczesując włosy, a drugą podając mi.
- Megan...- Odpowiedziałam podając rękę i niezręcznie się uśmiechając.
- Może odprowadzę cię do domu.?- Spytał po chwili.
- No ok. Jak chcesz...- Powiedziałam spuszczając głowę na dół.
Ruszyliśmy więc ku memu domowi. Gdy doszliśmy do rozwidlenia dróg stanęliśmy na środku rozstaju dróg. Patrzyłam raz na skrót przez las, a raz na długą ulicę, która ciągnęła się nie wiadomo jak daleko.
- No to którędy idziemy.?- Spytał nagle Charles.
- Nie wiem...chyba skrótem. Będzie szybciej.- Odpowiedziałam nie pewnie.
- Ale...zaczyna się ściemniać...
- Wiem, że się ściemnia ale chcę być szybciej w domu.
- No...no ok.
Po tych słowach wypowiedzianych przez Charlesa ruszyliśmy w stronę tego pieprzonego lasu. Szliśmy bardzo wolno i rozmawialiśmy. Gdy byliśmy już przy wejściu do lasu cały czas słyszałam jakieś dziwne dźwięki. Bałam się iść tym lasem ale chciałam być jak najszybciej w domu. Było ciemno. Księżyc był w połówką ale bardzo jasno świecił. Nagle ktoś lub coś śmignęło nam przed oczami. Przeszedł mnie dreszcz i lekko odskoczyłam do tyłu.
- Charles...co ty było.?!- Spytałam.
- Nie wiem...może miałaś zwidy.
- Być może...
Szliśmy dalej tym ciemnym lasem. Nagle zauważyłam kogoś na drodze. Przyjrzałam się mu bliżej. By to ten sam wampir, który napadł na mnie wcześniej. Charles chyba też go zobaczył. Chciałam na niego spojrzeć ale...ale jego obok mnie nie było. Uciekł.? Chyba tak. A ja mu zaufałam. Chciałam się cofnąć ale...on już mnie zauważył. Po chwili już obok mnie był. Stał na przeciwko mnie i wpatrywał się we mnie tymi swoimi czerwonymi oraz błyszczącymi oczyma i przyciskał mnie do drzewa. Ale czemu on się tak na mnie uwziął.? Czemu akurat ja.? No ja się pytam czemu.?! Wampir chuchał na mnie swym lodowatym oddechem. Zamknęłam oczy i czekałam na to co się stanie, a raczej co się miało stać. Nagle przestałam czuć oddech wampira. Spojrzałam na nie, a on patrzył się na swój brzuch, w który miał wbite jakieś ostrza. Po chwili ostrza wysunęły się z brzucha umierającego wampira, który osunął się na ziemię. Przede mną stał stwór, który uratował mnie gdy szłam do szpitala. Spojrzałam na potwora przede mną. Na jego szponach widniały wnętrzności oraz krew wampira.
Potwór podszedł pod drzewo i wykopał pod nim dziurę. Następnie wziął martwe ciało wampira i wrzucił je do głębokiej dziury po czym zakopał świeże zwłoki. Stałam sparaliżowana i patrzyłam na stworzenie. Potwór po chwili uciekł. Gdy otrząsnęłam się zobaczyłam jak Charles stoi przede mną w krzywo zapiętej koszuli i uśmiecha się do mnie przyjaźnie.
- Co to miało być.?! Czemu zostawiłeś mnie samą.?!- Powiedziałam ze łzami w oczach.
- Nie.! Nie zostawiłem cię. Cały czas przy tobie byłem.- Odpowiedział mi Charles.
- Tutaj był tylko jakiś wampir i jakiś wilk.!
- Nie jakiś wilk tylko wilkołak jak już.!
- Co.? Skąd wiesz.?
- Widziałem go...
- To byłeś ty.?
- Nie...
Na tym zakończyła się nasza rozmowa. Szliśmy dalej w ciszy i mroku...no może nie całkowitej ciszy bo Charles cały czas gwizdał mi nad uchem. Spojrzałam na niego surowym wzrokiem, a on uciszył się. Przez resztę naszej wędrówki Charles patrzył się w ziemię i kopał leżące w lesie szyszki lub kamienie.
- Dobra. To pa. Dobranoc- Powiedział Charles gdy byliśmy na początku mojej ulicy.
- Nie.! Nie idź. Proszę. Boję się.
- Ale...ale ja muszę iść.
- Czemu.?
- No bo nie mogę na noc. Mogę być rano ale...ale nie na noc. Nie chciałabyś widzieć jak się budzę.
- Ja też Afrodytą nie jestem o poranku. Przeżyję. Uwierz.
- No ok...ale nie krzycz gdy się rano obudzisz.
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz