wtorek, 29 października 2013

Rozdział dziesiąty

Wstałam rano i zamierzałam udać się do salonu gdzie miał spać Charles. Zeszłam po schodach i podeszłam do kanapy .Spojrzałam na nią aby zobaczyć czy Charles jeszcze śpi. Na kanapie nie było Charlesa tylko jakiś straszny i pokryty sierścią stwór. Wyglądał jak przerośnięty pies. Spał tak skulany na kanapie. Byłam wstrząśnięta. Nie chciałam obudzić stworzenia więc nie krzyczałam. Postanowiłam, że zaczekam, aż zwierz sam się zbudzi. Usiadłam na fotelu i zaczęłam czytać książkę. A w każdym razie próbowałam. Cały czas miałam przed oczami szpony demona przekuwające brzuch wampira. Co prawda próbował mnie zabić ale mimo to był on żywą istotą, która miała prawo żyć. Zabijał żeby przeżyć...tak jak Louis. A właśnie...ciekawe co u niego. Mam nadzieję, że trzyma się on dobrze, i że niedługo go wypuszczą ze szpitala, no i, że będę się mogła do niego już niedługo przytulić. Tak strasznie mi go brak. Nigdy nie wybaczę sobie tego, że Louis mógł przeze mnie umrzeć.
Siedziałam tak i wpatrywałam się w sufit myśląc co by było gdybym nie poszła w tedy z Louisem tamtą drogą. Gdybym nie prosiła go o zostanie na noc. Na pewno nie byłby teraz w szpitalu. Nagle spojrzałam na leżące na kanapie stworzenie. A raczej chciałam spojrzeć bo nie było go tam. Rozejrzałam się w okół. Nie widziałam go jednak w okolicach kanapy. Nagle poczułam jakiś ciepły podmuch na mojej dłoni. Obróciłam głowę. Na ziemi siedziało to stworzenie. Miało ono nad okiem coś w stylu blizny. Stworzenie wyglądało jak pies. Spojrzał się na mnie swymi żółtymi, pięknymi oczyma. Zauważyłam w nich iskrę zaufania. 
Stworzenie zawyło. Nagle wstało i poszło gdzieś na górę. Po chwili z góry zszedł  ładnie ubrany i uczesany Charles. 
- Dzień dobry- Powiedział Charles uśmiechając się.  
- Hej...-Powiedziałam.- Co to miało być.?
- Ale co.?
- No ten pies, czy co to tam było.
- No...ja. Tak. To byłem ja.
- Ale jak to, ty.?!
- Jestem...jestem wilkołakiem...
Zamurowało mnie. Nie wiedziałam co powiedzieć ani co zrobić. Nagle przypomniała mi się sytuacja gdy zaatakowano Louisa. Zaatakowało go podobne stworzenie...czyli...czyli, że zaatakował i zranił go Charles.? Czy Charles chciał go zabić.? A jeśli tak to... to czemu.? To wszystko zaczyna mnie niepokoić. Prawie tak jak to, że zadaje się z ,, demonami '' . Najwyżej mnie zabiją... tak ... najwyżej mnie zabiją tak jak tego wampira, który na mnie napadł. Najwyżej będę widziała swoje wnętrzności na szponach jakiegoś wilkołaka. Albo jakiś wampir wyssie ze mnie krew. 
- Coś się stało.? - Spytał Charles wyrywając mnie z transu.
- Nie, nic, po prostu ... po prostu... zastanawiałam - Odpowiedziałam po chwili.
- Rozumiem jeśli teraz zaczniesz krzyczeć i mnie wyrzucisz albo uciekniesz. Bo w końcu kto by chciał zadawać się z potworem takim jak ja.
- No, jak to kto.? Ja.! - Powiedziałam po czym podbiegłam do niego i się do niego przytuliłam.
Charles po chwili odwzajemnił uścisk. Zatopiłam palce w jego włosach i zwiększyłam uścisk. Charles zdusił mnie jeszcze mocniej.
- Charles...- Powiedziałam słabo.
- Tak.?
- Czy mógłbyś mnie puścić.?
- Tak, tak, już, oczywiście, przepraszam.
- A zaprowadziłbyś mnie do sklepu.?
- Tak, oczywiście.
Założyłam trampki i bluzę, a Charles pomógł włożyć mi katanę i wyszliśmy. 
Na każdą osobę, która obok nas przechodziła Charles warczał i patrzył na nią złowrogo swymi złotymi oczami. To było dziwne. Gdy weszliśmy do sklepu Charles obwąchiwał niektórych jakby byli nie wiadomo kim. Ale po co.?
Gdy wracaliśmy spytałam się go o to o co zamierzałam spytać od rana.
- Charles...czy ty znasz wampira o imieniu Louis.?
- Znam dużo wampirów- Odpowiedział ze śmiechem.
- Ale czy znasz takiego wampira jak Louis Smith.?
Charles zamilkł, a jego oczy pojaśniały.
- Znasz czy nie.?
- Tak...
- To ty go zaatakowałeś.?
- Nie...
- Wiesz kto.?
- Może...
- Charles do cholery.! Odpowiadaj mi całymi znaniami.!
- Tak wiem. Wilkołak z innej watahy. Louis to mój przyjaciel, nic bym mu nie zrobił. Nigdy. A co z nim.?
- Może umrzeć, jest w szpitalu.
- Jesteście razem.?
- Tak jakby.
Charles chwycił mnie za rękę i wepchnął w jakieś krzaki. Sam stanął przed nimi i chyba się z kimś bił. Siedziałam cicho i sparaliżowana ze strachu. Po jakimś czasie Charles mnie chwycił za nadgarstek i zaprowadził do domu. Na jego wardze zobaczyłam ranę, a z jego nogi lała się krew.
Gdy doszliśmy do domu otworzyłam drzwi i zaprowadziłam Chalesa do salonu, po czym rzuciłam go na sofę. Podwinęłam nogawkę jego janesów. Rana była bardzo głęboka. Pobiegłam sprintem do łazienki po wodę utlenioną, gazę i bandaż. 
Oblałam nogę Charlesa wodą utlenioną, a on żałośnie zaskomlał. Przyłożyłam Gazę do rany i owinęłam ją mocno bandażem. Po skończonej ,, operacji '' usiadłam na kanapie obok Charlesa. Oparłam głowę o jego ramię. Siedzieliśmy tak sobie w ciszy jakieś dziesięć minut, aż nale zadzwonił mój telefon. Dzwonili ze szpitala. Powiadomili mnie, że stan Louisa się polepsza i, że może już niedługo wyjdzie z narkozy i ze szpitala.

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz