Błąkałam się przez dłuższy czas po polanie, aż doszłam na skraj lasu. Weszłam głębiej w las. Miałam nadzieje, że wyjdę niedaleko mego domu ale nie. Wyszłam w jakimś miejscu, w którym jeszcze nigdy nie byłam. Był to rozległy teren z niewielką ilością drzew ( z tego co widziałam bo było cholernie ciemno). Szłam w ciemności po tym terenie, aż się potknęłam i zjechałam z jakiejś góry. Akurat jak zjeżdżałam wpadłam na drzewo. Uznałam, że po ciemku i tak nie znajdę drogi do domu więc tu zostanę. Usiadłam pod drzewem. Czułam jak powieki same mi się zamykają.
Gdy otworzyłam oczy było już jasno. Wychodzi więc na to, że zasnęłam. Podniosłam się z ziemi. Dłonią odgarnęłam włosy z twarzy. Gdy odciągnęłam dłoń od twarzy zobaczyłam, że jest ona cała czerwona. Spojrzałam na spodnie i bluzkę. Ubranie także były w połowie czerwone. Ziemia również. Z wszystkich tych rzeczy wydawał się z lekka metaliczny odór. Spojrzałam za drzewo. Na ziemi zobaczyłam leżące ciało wilkołaka. Likantrop oddychał powoli, a z jego boku wyciekała szkarłatna ciecz. Wilkołak leżał na tej brudnej ziemi, bałam się, że wda mu się zakażenie. Nie widziałam łba stworzenia, ani oczu. Lecz miałam złe przeczucie, że to Charles. Spojrzałam na oblicze likantropa. Spod jego zamkniętych powiek spłynęły łzy. Pogłaskałam stworzenie po głowie, a wilkołak otworzył swe oczy. Poznałam to oczach, a raczej po ich wyrazie, że to Charles. W moich oczach zebrały się łzy, a serce zbiło mocniej. Przestraszyłam się. Nie wiedziałam co robić. W końcu usiłowałam wziąć go na plecy. Nie miałam dość siły aby go unieść, lecz w końcu przełamałam ból w plecach i w mięśniach. Prawie położyłam się na ziemi i wsunęłam Charlesa na barki. Kolana uginały się pode mną. Kilka razy prawie wyłożyłabym się na ziemi.
Po długim czasie dotarłam z Charlesem do domu. W oknie stał Louis jakby na nas czekał. Chciałam zapukać do drzwi gdy nagle one otworzyły się, a w wejściu stał Louis, który przejął ode mnie Charlesa. W końcu mój krzyż mógł odpocząć, a ja próbowałam się wyprostować. Louis wziął mnie na ręce i zaniósł do salonu. Na kanapie leżał Charles przykryty kocem. Wstałam z fotela ponieważ chciałam iść po opatrunek.
- Usiądź, ja się nim zajmę - Powiedział Louis stojący w kuchni.
- Nie, ja mu muszę pomóc. Czy w tej księdze, którą mi dałeś są jakieś czary na uzdrowienie.? - Spytałam usiłując powstrzymać łzy.
- Chyba jakieś są. Trzeba będzie poszukać.
- A... pomożesz mi w szukaniu.?
- Jeszcze się głupio pytasz. Ale najpierw muszę mu tym obmyć ranę - Powiedział Louis wskazując ręką na swoją kieszeń, z której wyjął małą buteleczkę .
- Co ty jest.?
- Taki płyn, który pomaga goić rany. Heh, kto by pomyślał... to się czasem przydaje.
- No raczej, że się przydaje.
Louis podszedł do Charlesa i wylał kroplę płynu. Efekt był podobny do tego, gdy na ranę wylewa się wodę utlenioną i na ranie robi się biała piana, tylko, że przy użyciu tego, dookoła rany zrobiła się niebieska piana, a na ranie pomarańczowa. Odskoczyłam lekko w bok potykając się i wpadając na Louisa.
- Nie bój się. Tutaj zawsze jest taki efekt. - Zaśmiał się.
Charles zaskomlał pod postacią wilkołaka.
- Jest wilkołakiem. To znaczy, że jest dobrze i nie umiera. - Stwierdził Louis.
- Co masz na myśli.?
- Eh...no bo gdy likantrop umiera, a jest pod postacią, na przykład tak jak nasz Charles wilkołaka. To na powrót i pożegnanie życia zamienia się w człowieka, a Charles jęczy, stęka, wyje, wierci się, to znaczy, że jest dobrze, a płyn działa. - Powiedział Louis wzruszając ramionami.
Louis wyszedł z domu i ,, śmignął '' za oknem, więc nie widziałam po chwili zniknął mi z pola widzenia. Zamknęłam drzwi i westchnęłam. Skierowałam się do salonu, gdzie leżał Charles. Lecz teraz był już w ludzkiej postaci. Przestraszyłam się. Usiadłam obok niego na kapie i pogłaskałam go po głowie.
- Coś ty zrobił... - Powiedziałam, nie umiejąc powstrzymać łez.
Moja łza spadła na policzek Charlesa.
- Obroniłem cię... - Usłyszałam cichy i nie wyraźny głos chłopaka.
- Co.? Jak to.? - Spytałam z niedowierzaniem.
- On...on cię chciał...- Urwał.
- Kto.? Co.?
- Bo on nas chyba śledził, a jak zobaczył, że jesteś sama chciał cię zabić, ale na na to nie pozwoliłem. Rzuciłem się na niego, a on...a on zrobił mi to...- Charles uniósł lekko dłoń. - Nie płacz. Nic mi nie powinno być...- Zawył z bólu.
- Odpoczywaj Chalesie. - Powiedziałam i poczochrałam mu włosy.
Charles uśmiechnął się słabo. Nagle przypomniało mi się, o medalionie. Podniosłam mu lekko głowę i założyłam na szyję medalion.
*
Siedziałam z Charlesem w salonie. Charles leżał cały czas nieruchomo na kanapie, a ja siedziałam na fotelu i oglądałam telewizor. Nagle usłyszałam pukanie do drzwi. Podniosłam się z fotela i chciałam podejść do wejścia domu.
- Nie idź.! To on.! - Ożywił się nagle Charles.
- Kto.? - Spytałam.
- Po prostu...nie otwieraj. Proszę. To nie Louis.
Spojrzałam się na Charlesa jak na idiotę, ale posłuchałam go i usiadłam powrotem w fotelu. Pukanie nie ustawało.
- On wie, że tu jesteśmy. - Powiedział Charles. - To chyba już koniec...no chyba, że Louis przyjdzie.
- No to na co on czeka.?! Na zbawienie Boże.?! Gdzie on w ogóle jest.?!
- Nie wiem...może poszedł się pożywić.
- Zabijać.?! - Spytałam przerażona.
- Nie, spokojnie. On nie zabija. Jemu dostarczają krew.
- Boże...nastraszyłeś mnie Charlesie Morgan.
- Przepraszam Megan Shelley.
Nagle pukanie ucichło. Myślałam, że już po wszystkim, zanim... zanim spojrzałam za okno. Za oknem stał wielki szary wilkołak. Jego pysk był cały czerwony, jak i połowa jego głowy. Likantrop wyszczerzył zęby. Przejechał swym czerwonym językiem po kłach. Swój wzrok wlepiał we mnie. Charles momentalnie podniósł się na sofie i usiłował wstać.
- Nie.! - Krzyknęłam, a Charles wrócił na swe miejsce.
Myślałam, że wilkołak wybije szybę i wpadnie do domu aby mnie zabić. Lecz nie uczynił tego. Popatrzył na mnie, a później na Charlesa, po czym obrócił się ukazując swój zakrwawiony kark. Widziałam jak postać znika w oddali. Po jakimś czasie usłyszałam głośne wycie. Usłyszałam też zgrzyt przekręcanego zamka. Do domu wszedł Louis.
- Co mnie ominęło.? - Spytał.
- Wilkołak... - Powiedziałam łapiąc oddech.
- On tam jest...jest przy domu - Wykrztusił Charles.
- Ale kim on jest.?! - Spytałam.
- Nie ważne. - Odpowiedział Louis kręcąc głową.
Ale kim on jest.? I czemu mi nie chcę nic o nim powiedzieć.? Nie podoba mi się to coraz bardziej...
Brak komentarzy:
Prześlij komentarz