niedziela, 9 lutego 2014

Rozdział Piętnasty

Opadłam na podłogę. Nie wierzyłam. Jak brat może chcieć zniszczyć brata.? Zamknęłam oczy. Nagle poczułam na ramieniu czyjąś dłoń. Podniosłam powieki. Charles stał nade mną i wpatrywał się we mnie. Na jego twarzy widać było troskę, ból i strach. Uśmiechnęłam się do niego. Chłopak pomógł mi wstać i przytulił mnie. Jego serce biło strasznie głośno i szybko. Podniosłam wzrok po raz kolejny na jego twarz. Charles zarumienił się i puścił mnie z objęć. Podeszłam do stolika i wzięłam jedną z ksiąg przyniesionych przez Louisa. Otworzyłam ją mniej więcej na środku i spojrzałam na jedno z zaklęć. Nie umiałam przeczytać tych słów, a co dopiero wypowiedzieć. Nagle poczułam na moim brzuchu lekki ucisk, a na plecach coś w rodzaju ciepła. Podniosłam głowę.
- Hej Charles. Wygodnie ci.? - spytałam z śmiechem w głosie.
- Tak. Dziękuję, że pytasz. - odpowiedział chłopak uśmiechając się szeroko. - Meg, a może ci pomogę się tego mniej więcej uczyć.? Jak już w miarę opanujesz moce nie będziesz musiała mówić, zaklęć na głos.
- Tak. Dobry pomysł... a ty umiesz, któreś z zaklęć.?
- Tak. Do porozumiewania się telepatycznie. Jedyne, którego się nauczyłem i, którego używam.
- Jak ono brzmi.?
- Nie ma tak dobrze. Najpierw zaklęcia obronne, moja droga. - zaśmiał się chłopak odgarniając z czoła grzywkę. - wampiry i wilkołaki zabijesz tylko spalając je, topiąc albo odcinając głowę... tak więc musisz nauczyć się zaklęcia, które sprawi, że kogoś będziesz mogła spalić, ogłuszyć albo coś w tym stylu. Zaczynamy.?
- Ta... wątpię aby wyszła ci ta nauka, Charles.
- Lubię ryzyko - zaśmiał się i poszedł usiąść na kanapę.
*
Po około czterech godzinach nauki nauczyłam się dwóch zaklęć. Jednego ogłuszającego, a drugiego odpychającego. Tym drugim zaklęciem zdemolowałam pół salonu, bo Charles biegał dookoła mnie, ponieważ: ' Kiedy będziesz kiedyś walczyła z osobnikami cienia, nie będą stać w miejscu'. Chociaż mogliby poczekać, aż się uszykuję i przygotuję do rzucenia zaklęcia. Trochę kultury mogłyby mieć te 'istoty'. 
- Teraz przejdziemy do kolejnej części nauki - oznajmił mi poturbowany Charles, podnosząc się z ziemi i siadając na stole.
- Kolejnej części.?! Człowieku, daj mi odetchnąć.! - powiedziałam odgarniając włosy z twarzy.
- Spokojnie... wiesz co to nekrotof.? - spytał nagle.
- Ym... nie.? Skąd ja to mogę wiedzieć.? Do tej pory nawet nie wierzyłam w wampiry i wilkołaki, a ty się mnie pytasz czy wiem o jakimś czymś.!
- Uspokój się. Wyjaśnię Ci. Nekrotof  wchodzi do twojego ciała przez usta i osadza się w twoich jelitach. Mackami przyczepia się do twego kręgosłupa i mózgu, przez co zaczyna cię kontrolować. Gdy zamierza przejść do innego żywiciela, jego poprzednia ofiara umiera albo jest w obłędzie.
- Ok... zaczynam się bać.
- I powinnaś. Te stworzenia są niebezpieczne.
- Domyślam się.
Na zewnątrz usłyszałam hałas. Podeszłam do okna by zobaczyć co to było. Nie zauważyłam nic przez tą cholerną mgłę. Zapaliła się lampa, która wyczuwała ruch, lecz ja nic nie zauważyłam. Mgła nie była aż tak gęsta, żeby nie zobaczyć czegoś co było na przeciwko ciebie. Obróciłam się i spojrzałam na Charlesa pytającym wzrokiem. Chłopak wzruszył tylko ramionami.  Nagle usłyszałam pukanie do drzwi. Poszłam więc do przed pokoju aby otworzyć. Nagle znalazłam się na ziemi, a przede mną stał Charles.
-Cicho. Udawajmy, że nas nie ma - usłyszałam w głowie, głos Charlesa, który nie ruszał ustami. Zrobiłam pytający wyraz twarzy - zaklęcie - Usłyszałam znowu.
Skinęłam głową, co miało znaczyć, że się zgadzam. Charles zgasił światło. W pomieszczeniu zapadła całkowita cisza. Byłam przerażona. Zdawało mi się, że Charles też się boi. Za oknem ponownie zobaczyłam światło, które działało, na ruch. W oknie zobaczyłam bladą postać, która jedno z dwóch oczu wyglądało na sztuczne. Wzdrygnęłam się widząc uśmiech na bladej twarzy. Przytuliłam się do siedzącego obok mnie Charlesa.
Nie bój się. Nie widzi nas...przynajmniej tak mi się wydaje. Tylko pamiętaj. Nie odzywaj się na razie. - usłyszałam. Znowu się wzdrygnęłam, na myśl, że chłopak nie rusza ustami.
Skinęłam głową i odgarnęłam z twarzy włosy. 
*
Otworzyłam oczy i gwałtownie zamrugałam. Opierałam się o ramię Charlesa, a on wpatrywał się we mnie. Przetarłam oczy i uśmiechnęłam się.  Podniosłam głowę z ramienia chłopaka i przeciągnęłam się. Wstałam ze schodów. Bolały mnie plecy. Spojrzałam pytającym wzrokiem na Charlesa.
- To był brat Louisa. Widocznie mnie wczuł... albo myślał, że go tu znajdzie. - powiedział, nie pytając o co chodzi.
Skinęłam głową i spojrzałam na okno, przy którym widziałam wieczorem twarz wampira. Zadrżałam. 
- Chyba nie złapał Louisa, prawda.? - spytałam ze łzami w oczach.
- Nie mam pojęcia. Miejmy nadzieję iż tego nie zrobił. To w końcu twój chłopak, a mój przyjaciel.
- Louis nie jest moim chłopakiem... chyba. W każdym razie jest dla mnie bardziej jak przyjaciel...idziemy, na spacer.?
- Kobieto, jest piąta nad ranem, a ty chcesz iść na spacer.?
- Tak - wzruszyłam ramionami. - jak nie chcesz to pójdę sama.
- Nie, no, dobra. Pójdę z tobą.
- Jaka łaska.
- Nie chcę aby ci się coś stało.
*
Szliśmy przez las i rozmawialiśmy o bracie Louisa, i o Louisie. Miałam wrażenie, że ktoś nas obserwuje, więc co jakiś czas obracałam się i patrzyłam w pustą przestrzeń. Nagle usłyszałam jakby ktoś złamał gałąź. Szybko się obróciłam. Jednak moje przeczucie mnie nie zawiodło. Kilka metrów od nas stał wampir. Tak. To był brat Louisa. Charles obrócił się po chwili i stanął przede mną.
- Jaki z ciebie romantyk, Charles. Poświęcasz się dla swojej ukochanej. To szalenie urocze. Chociaż... brzydka nie jest. - zaśmiał się wampir.
- Odczep się od nas.! Czy ty nie rozumiesz, że nigdy nie wytępisz wszystkich wilkołaków i wampirów na świecie.?! A od niej się odczep, jeśli chcesz mieć chociaż jedno prawdziwe oko.! - krzyknął Charles. W mgnieniu oko zmienił postać.
- Ależ spokojnie. Chłopcze mam prawie czterysta lat i nie zamierzam się bić z wilkołakiem. Nie przesadzajmy. Powiedz mi tylko gdzie jest mój brat, a dam wam spokój.
Charles warknął i wyszczerzył kły.
- Ja wiem gdzie on jest - powiedziałam wychodząc zza chłopaka.
Co ty wyprawiasz.?! - usłyszałam w głowie.
Skinęłam głową w stronę wilkołaka i uśmiechnęłam się.
- Jest we Francji. Powodzenia w szukaniu. Francja jest duża - powiedziałam stanowczym tonem.
Sprytne - usłyszałam.
- Dziękuję ci - powiedział wampir po czym śmignął i już go nie widziałam.
Z Charlesem udaliśmy się do domu. Na szczęście swego czasu nosiłam chłopięce ciuchy i Charles miał się w co przebrać. Przecież nie będzie siedział u mnie jako wilkołak, ani nie będzie paradował po moim domu bez ubrań. Byłoby to co najmniej dziwne.

poniedziałek, 3 lutego 2014

Rozdział czternasty

Obudziłam się na ziemi, obok kanapy, na której leżał Charles. Wyglądał pięknie gdy spał. Te brązowe włosy i te cudowne oczy.  Chłopak krzyknął. Myślałam, że coś się stało, że się obudził, a on spał dalej. Pomyślałam, że go obudzę, ale nie chciałam żeby był na mnie zły. Podniosłam się z podłogi. Coś strzyknęło mi w kręgosłupie. Plecy bolały mnie jak nigdy dotąd. Rozejrzałam się po pokoju i po połowie kuchni. Louisa nie było. Zaczęła szeptać jego imię. Nie odpowiadał. Weszłam do góry i otworzyłam drzwi od mojego pokoju. Podeszłam do szafy i wyjęłam z niej czarne legginsy i kremową bluzkę. Z mojego pokoju skierowałam swe kroki do łazienki. Napuściłam wody do wanny, zdjęłam ubrania z poprzedniego dnia i znużyłam się w ciepłej wodzie. 
Po pewnym czasie usłyszałam hałas na dole. Szybko wyszłam z wanny, wytarłam się ręcznikiem, założyłam czyste ubrania i zbiegłam na dół. W salonie Charles w postaci wilkołaka biegał jak idiota i gonił swój ogon.
- Serio, Charles.? Aż tak ci się nudzi, że musisz zmienić postać i gonić swój ogon.? - spytałam śmiejąc się.
Likantrop przestał biegać jak oszalały i stanął przede mną. Był ode mnie co najmniej trzydzieści centymetrów wyższy. Ponad dwumetrowa postać wpatrywała się we mnie z wywieszonym różowym językiem, z którego ślina kapała prosto na mnie.
- Dzięki. Też cię kocham - powiedziałam ocierając twarz z śliny mojego kochanego futrzaka i dźgnęłam go palcem w brzuch.
Chłopak chyba nic nie poczuł, bo nie zareagował na moją zaczepkę. Po pewnym czasie wpatrywania się we mnie spojrzał na swoje ubrania na kanapie, a później na mnie. Futrzak nachylił się i szturchnął mnie pyskiem na znak, że mam iść, bo chce zmienić postać i się ubrać. Wzruszyłam ramionami i dalej wpatrywałam się w tors likantropa. Po chwili usłyszałam pukanie do drzwi. Wilkołak wyprostował się bardziej przez co był jeszcze wyższy. Podszedł do drzwi i i przyłożył do nich ucho, chyba po to aby słyszeć jeszcze lepiej osobę, która znajdowała się za drzwiami. Spojrzałam na niego pytającym wzrokiem. On zaś pokazał, że mam otworzyć drzwi. Uczyniłam to chociaż nie wiedziałam o co chodzi. 
Za drzwiami stał Louis, z parasolem, w czapce, rękawiczkach i okularach przeciw słonecznych. W rękach trzymał z trzy książki, a raczej księgi.
- Mam coś dla ciebie - powiedział uśmiechając się i ukazując swoje śnieżno białe zęby.
- Że ja mam to wszystko przeczytać.?  Czy ty widzisz jakiej to jest grubości.?! - spytałam czując, że opada mi szczęka. - do końca życia tego nie przeczytam.!
- Spokojnie. To tylko zaklęcia, które powinnaś umieć. - uśmiechnął się znowu chłopak wchodząc do domu.
- Mam się tego nauczyć na pamięć.? Tego w s z y s t k i e g o.?! - spytałam ponownie, zamykając drzwi i klepiąc w plecy Charlesa.
- Tak. Dokładnie tak. Nie musisz wszystkiego na raz tylko na przykład... ucz się po dziesięć albo po kilkadziesiąt dziennie - Louis rzucił księgi na stół i usiadł na kanapie.
- No chyba cię coś boli kochany. Nie mam zamiaru wkuwać z trzech milionów zaklęć.!
- Musisz. Jesteś czarownicą. Mam nadzieję, że nam pomożesz dorwać tego skurwiela, a ty Charles... idź się może odziej.?
- O kim mowa.?
- O tym likantorpie z wczoraj. To psychopata. Mój ojciec chciałby cię poznać, Megan i porozmawiać z tobą o twej mocy. Podobno jesteś jedną z najpotężniejszych czarownic i chciałby się o tobie dowiedzieć więcej, a moja ciotka chciałby uczyć cię zaklęć. Co ty na to.?
- Sama nie wiem... chciałabym wrócić do czasów, w których nie wierzyłam w takie... stworzenia...
Urwałam gdy ujrzałam schodzącego ze chodów Charlesa. Jego oczy odbijały się w świetle słonczym, które wpadało przez okno w kuchni. Chłopak szedł w naszą stronę uśmiechając się lekko, co przyprawiło mnie o dreszcze. Louis spojrzał na mnie, a później na Charlesa. Zrobił wściekłą minę, jakby zaraz miał rzucić się, na któreś z nas i wyssać z nas krew. Oczyma wyobraźni ujrzałam Louisa, który odrywając zęby od szyi Charlesa oblizuje swoje śnieżno białe kły, a następnie, wyciera grzbietem dłoni krew, która została na jego Brodzie. Wzdrygnęłam się i spojrzałam na Charlesa, który właśnie siadał obok Louis'a. Spojrzałam na nich. Louis miał minę jakby nie rozumiał o co mi chodzi.
- Louis... rozum, dla mnie to trudne. Miałam trudne dzieciństwo, i jeszcze teraz... wy, przychodzicie i oznajmiacie mi, że jestem czarownicą. Próbujecie sprawdzić moje moce, a ty jeszcze  chcesz zaciągnąć  mnie do swojego ojca, który Bóg wie co zrobi. Może się mną nawet pożywić.!
- A myślisz, że Charles albo ja mieliśmy łatwe dzieciństwo.? Charles był wilkołakiem i mieszkał z wujek, który został zamordowany na jego oczach, a ja.? A ja jestem wampirem.! Gdy inne dzieci bawiły się w słoneczne dni na dworze ja siedziałem z ojcem i gadałem na temat krwi.! Rozumiesz.? Gadałem o krwi. Jako kilku letnie dziecko moim tematem była krew. Patrzyłem jak mój ojciec zabijał niewinnych ludzi. - po tych słowach wstał z kanapy i kierował się do wyjścia - aha no i jeszcze musimy walczyć z wampirem, który próbuje wytępić wszystkie wilkołaki i wampiry aby zostać jedyny w swoim rodzaju. Zanim spytasz po co wilkołaki pozwól, że odpowiem. Ponieważ uważa je za niższą rasę. - Louis wziął czapkę, okulary i parasol po czym wyszedł z mojego domu.
Chwyciłam się za głowę, a następnie schowałam twarz w dłoniach. Poczułam jak ktoś mnie przytula. Podniosłam wzrok na Charlesa i odwzajemniłam uścisk. Chłopak pocałował mnie w czoło i wbił wzrok w ziemię.
- Co do tego wampira, z którym walczy rodzina Louis'a i ja... to... - Zaczął Charles
- To...? - Spytałam patrząc na niego.
- To brat Louisa...
Zaniemówiłam. Wbiłam wzrok w Charlesa i otworzyłam usta. Nie wiedziałam co o tym wszystkim myśleć. To za dużo jak na mnie.
_____________________
Po długiej przerwie, jest :) ;D . Mam nadzieję iż się podoba :) ~HAIAxx

piątek, 15 listopada 2013

Rozdział trzynasty

Błąkałam się przez dłuższy czas po polanie, aż doszłam na skraj lasu. Weszłam głębiej w las. Miałam nadzieje, że wyjdę niedaleko mego domu ale nie. Wyszłam w jakimś miejscu, w którym jeszcze nigdy nie byłam. Był to rozległy teren z niewielką ilością drzew ( z tego co widziałam bo było cholernie ciemno). Szłam w ciemności po tym terenie, aż się potknęłam i zjechałam z jakiejś góry. Akurat jak zjeżdżałam wpadłam na drzewo. Uznałam, że po ciemku i tak nie znajdę drogi do domu więc tu zostanę.  Usiadłam pod drzewem. Czułam jak powieki same mi się zamykają. 
Gdy otworzyłam oczy było już jasno. Wychodzi więc na to, że zasnęłam. Podniosłam się z ziemi. Dłonią odgarnęłam włosy z twarzy. Gdy odciągnęłam dłoń od twarzy zobaczyłam, że jest ona cała czerwona. Spojrzałam na spodnie i bluzkę. Ubranie także były w połowie czerwone. Ziemia również. Z wszystkich tych rzeczy wydawał się z lekka metaliczny odór. Spojrzałam za drzewo. Na ziemi zobaczyłam leżące ciało wilkołaka.  Likantrop oddychał powoli, a z jego boku wyciekała szkarłatna ciecz. Wilkołak leżał na tej brudnej ziemi, bałam się, że wda mu się zakażenie. Nie widziałam łba stworzenia, ani oczu. Lecz miałam złe przeczucie, że to Charles. Spojrzałam na  oblicze likantropa. Spod jego zamkniętych powiek spłynęły łzy. Pogłaskałam stworzenie po głowie, a wilkołak otworzył swe oczy. Poznałam to oczach, a raczej po ich wyrazie, że to Charles.  W moich oczach zebrały się łzy, a serce zbiło mocniej. Przestraszyłam się. Nie wiedziałam co robić. W końcu usiłowałam wziąć go na plecy. Nie miałam dość siły aby go unieść, lecz w końcu przełamałam ból w plecach i w mięśniach. Prawie położyłam się na ziemi i wsunęłam Charlesa na barki. Kolana uginały się pode mną. Kilka razy prawie wyłożyłabym się na ziemi.
Po długim czasie dotarłam z Charlesem do domu. W oknie stał Louis jakby na nas czekał. Chciałam zapukać do drzwi gdy nagle one otworzyły się, a w wejściu stał Louis, który przejął ode mnie Charlesa. W końcu mój krzyż mógł odpocząć, a ja próbowałam się wyprostować. Louis wziął mnie na ręce i zaniósł do salonu. Na kanapie leżał Charles przykryty kocem. Wstałam z fotela ponieważ chciałam iść po opatrunek.
- Usiądź, ja się nim zajmę - Powiedział Louis stojący w kuchni.
- Nie, ja mu muszę pomóc. Czy w tej księdze, którą mi dałeś są jakieś czary na uzdrowienie.? - Spytałam usiłując powstrzymać łzy.
- Chyba jakieś są. Trzeba będzie poszukać.
- A... pomożesz mi w szukaniu.?
- Jeszcze się głupio pytasz. Ale najpierw muszę mu tym obmyć ranę - Powiedział Louis wskazując ręką na swoją kieszeń, z której wyjął małą buteleczkę .
- Co ty jest.?
- Taki płyn, który pomaga goić rany. Heh, kto by pomyślał... to się czasem przydaje.
- No raczej, że się przydaje.
Louis podszedł do Charlesa i wylał kroplę płynu. Efekt był podobny do tego, gdy na ranę wylewa się wodę utlenioną i na ranie robi się biała piana, tylko, że  przy użyciu tego, dookoła rany zrobiła się niebieska piana, a na ranie pomarańczowa. Odskoczyłam lekko w bok potykając się i wpadając na Louisa.
- Nie bój się. Tutaj zawsze jest taki efekt. - Zaśmiał się.
Charles zaskomlał pod postacią wilkołaka.
- Jest wilkołakiem. To znaczy, że jest dobrze i nie umiera. - Stwierdził Louis.
- Co masz na myśli.?
- Eh...no bo gdy likantrop umiera, a jest pod postacią, na przykład tak jak nasz Charles wilkołaka. To na powrót i pożegnanie życia zamienia się w człowieka, a Charles jęczy, stęka, wyje, wierci się, to znaczy, że jest dobrze, a płyn działa. - Powiedział Louis wzruszając ramionami.
Louis wyszedł z domu i ,, śmignął '' za oknem, więc nie widziałam po chwili zniknął mi z pola widzenia. Zamknęłam drzwi i westchnęłam. Skierowałam się do salonu, gdzie leżał Charles. Lecz teraz był już w ludzkiej postaci. Przestraszyłam się. Usiadłam obok niego na kapie i pogłaskałam go po głowie. 
- Coś ty zrobił... - Powiedziałam, nie umiejąc powstrzymać łez.
Moja łza spadła na policzek Charlesa.
- Obroniłem cię... - Usłyszałam cichy i nie wyraźny głos chłopaka.
- Co.? Jak to.? - Spytałam z niedowierzaniem.
- On...on cię chciał...- Urwał.
- Kto.? Co.?
- Bo on nas chyba śledził, a jak zobaczył, że jesteś sama chciał cię zabić, ale na na to nie pozwoliłem. Rzuciłem się na niego, a on...a on zrobił mi to...- Charles uniósł lekko dłoń. -  Nie płacz. Nic mi nie powinno być...- Zawył z bólu.
- Odpoczywaj Chalesie. - Powiedziałam i poczochrałam mu włosy.
Charles uśmiechnął się słabo. Nagle przypomniało mi się, o medalionie. Podniosłam mu lekko głowę i założyłam na szyję medalion.
*
Siedziałam z Charlesem w salonie. Charles leżał cały czas nieruchomo na kanapie, a ja siedziałam na fotelu i oglądałam telewizor. Nagle usłyszałam pukanie do drzwi. Podniosłam się z fotela i chciałam podejść do wejścia domu.
- Nie idź.! To on.! - Ożywił się nagle Charles.
- Kto.? - Spytałam.
- Po prostu...nie otwieraj. Proszę. To nie Louis.
Spojrzałam się na Charlesa jak na idiotę, ale posłuchałam go i usiadłam powrotem w fotelu. Pukanie nie ustawało.
- On wie, że tu jesteśmy. - Powiedział Charles. - To chyba już koniec...no chyba, że Louis przyjdzie.
- No to na co on czeka.?! Na zbawienie Boże.?! Gdzie on w ogóle jest.?!
- Nie wiem...może poszedł się pożywić.
- Zabijać.?! - Spytałam przerażona.
- Nie, spokojnie. On nie zabija. Jemu dostarczają krew.
- Boże...nastraszyłeś mnie Charlesie Morgan.
- Przepraszam Megan Shelley.
Nagle pukanie ucichło. Myślałam, że już po wszystkim, zanim... zanim spojrzałam za okno. Za oknem stał wielki szary wilkołak. Jego pysk był cały czerwony, jak i połowa jego głowy. Likantrop wyszczerzył zęby. Przejechał swym czerwonym językiem po kłach. Swój wzrok wlepiał we mnie. Charles momentalnie podniósł się na sofie i usiłował wstać. 
- Nie.! - Krzyknęłam, a Charles wrócił na swe miejsce.
Myślałam, że wilkołak wybije szybę i wpadnie do domu aby mnie zabić. Lecz nie uczynił tego. Popatrzył na mnie, a później na Charlesa, po czym obrócił się ukazując swój zakrwawiony kark.  Widziałam jak postać znika w oddali. Po jakimś czasie usłyszałam głośne wycie. Usłyszałam też zgrzyt przekręcanego zamka. Do domu wszedł Louis.
- Co mnie ominęło.? - Spytał.
- Wilkołak... - Powiedziałam łapiąc oddech.
- On tam jest...jest przy domu - Wykrztusił Charles.
- Ale kim on jest.?! - Spytałam. 
- Nie ważne. - Odpowiedział Louis kręcąc głową.
Ale kim on jest.? I czemu mi nie chcę nic o nim powiedzieć.? Nie podoba mi się to coraz bardziej... 

sobota, 2 listopada 2013

Rozdział dwunasty

- Co a nie mówiłem.? O co wam do cholery chodzi.?!- Zapytała przerażona sytuacją, która zaistniała.
- No bo miałem rację, że jesteś czarownicą- Powiedział zadowolony Charles, stając za mną.
Nie mogłam uwierzyć własnym oczom i uszom. Ja mam być czarownicą.?! Ja.?! Nie...przecież nigdy nie miałam żadnych tego objawów ani nic w tym rodzaju. Nigdy w życiu nie wierzyłam w takie rzeczy jak wampiry, wilkołaki, inkuby, maugi, nekrotofy, czarownice i tp. Wpatrywałam się w gazetę... a raczej w to co z niej zostało. Nagle poczułam, że unoszę się nad ziemią. Moje oczy cały czas były wpatrzone w osmolone miejsce. Nagle przed moimi oczyma widziałam tylko zatrzaśnięte drzwi. Pokręciłam głową i po chwili stałam już na ziemi, a przede mną stał Charles i patrzył mi prosto w oczy. Za nim stał Louis i robił jakieś głupie miny. Nagle Charles cofnął łokieć i trafił Louisa w brzuch. Louis zgiął się w pół i jęknął cicho. Spojrzałam na niego stając na palcach i patrzyłam na niego z nad ramienia Charlesa. Uśmiechnęłam się lekko po czym znowu poczułam, że jestem uniesiona. Charles przerzucił mnie przez ramię, przez co patrzyłam na Louisa z góry. Louis podniósł wzrok z podłogi na mnie do góry. Podniósł się i odebrał mnie od Charlesa. Mina Charlesa nie była zbyt wesoła. Spojrzał na mnie po czym spuścił wzrok na ziemie i zaczerwienił się lekko.
Usiedliśmy w trójkę na kanapie i zaczęliśmy oglądać film. Po obejrzeniu filmu zaczęliśmy zastanawiać się czy nie pójść na spacer.  Louis podniósł się z kanapy i spojrzał przez okno. Skrzywił się i powiedział, że on nie pójdzie ponieważ promienie zachodzącego słońca mu szkodzą. Charles wstał także z kanapy i zdjął z wieszaka moją katanę. Skinięciem głowy zachęcił mnie do podejścia i ubrania katany. Wstałam również z kanapy i z pomocą Charlesa ubrałam katanę. Przebrałam także buty z czerwonych trampek na czarne. Gdy Charles otworzył drzwi odwróciłam głowę i spojrzałam na Louisa. Ten podszedł do mnie i pocałował mnie na pożegnanie. 
- Nie wracajcie za późno bo dzisiaj pełnia. - Mówiąc to spojrzał groźnie na Charlesa.
Charles wzruszył ramionami i machnięciem ręki zachęcił mnie do wyjścia. Przekroczyłam próg i spojrzałam jeszcze raz na Louisa. Za mną wyszedł Charles zamykając drzwi i uśmiechając się do mnie uroczo. Chwycił mnie za nadgarstek i udaliśmy się w kierunku łąki. Spojrzałam na Charlesa, a w oczy rzucił mi się naszyjnik na jego szyi.
- Co to.? - Spytałam spoglądając na naszyjnik
- Medalion. Dostałem go od wuja.- Odpowiedział, a po jego policzku spłynęła łza.
- Czemu płaczesz.? - Spytałam zaniepokojona.
- Nie ważne. Teraz powinniśmy się wszyscy skupić na twoich mocach. - Odpowiedział ocierając kolejną łzę staczającą się po policzku.
- Nie. Charles. Proszę, powiedz mi proszę czemu płaczesz.
- Bo mój wuj zginął. A po za nim nie mam nikogo. A przynajmniej nie znam innych moich krwnych.
Charles zatrzymał się. Zdjął bluzę i położył ją na ziemi. Skinął głową dając mi sygnał abym usiadła. Posłuchałam go i usiadłam. Po chwili Charles usiadł obok mnie. Zdjął medalion i zaczął go oglądać.
- Nie lubię tego wisiorka. Irytuje mnie i przypomina mi wuja. - Powiedział po chwili, a na jego medalion spadła łza.
- A... jak zginął twój wuj.?- Spytałam patrząc na czerwony medalion.
- Zabił go jego przyjaciel. Niby przypadkowo ale jak dla mnie to nie mógł być przypadek. W końcu jak może być przypadkiem wbić komuś pazury w brzuch i zęby w szyję.? To tak jakbym ja niby przez przypadek  skręcił kark Louisowi. -  Charles przełkną ślinę, a do jego oczu napłynęły kolejne łzy. Po chwili kontynuował. - Widziałem to. Byłem w tedy z wujem w lesie. Miałem sześć lat. Byłem po mojej pierwszej przemianie w likantropa. Pierwsze przemiany odbywają się w wieku dojrzewania, ale ja miałem przemianę wcześniej. Wuj zabrał mnie wtedy do lasu. On był w postaci wilkołaka tak samo jak i ja. Szliśmy ścieżką, aż nagle wyleciał z za krzaków on. To był najlepszy przyjaciel mego wuja. A on...zabił go. Najpierw wbił swe szpony w jego brzuch. Wuj resztkami sił zmienił się w człowieka i powiedział abym uciekał. Mówiąc to z ust wydobywała mu się krew. Nagle jego przyjaciel zatopił zęby w jego tętnicę. Likantrop wyjął z mego wuja szpony i zęby po czym zwiał w las. Mój wujek leżał nagi na ściółce leśnej w wielkiej kałuży krwi. Skomlałem, wyłem, ale nikt nie zareagował. Nikt nie przyszedł. Leżałem zwinięty w kłębek obok wuja prawie cały dzień. Moja sierść była pozlepiana krwią. Nagle przypomniałem sobie czego wuj mnie uczył.- Charles przerwał opowieść by otrzeć łzy i przełknąć ślinę. Po chwili znowu kontynuował. - Podniosłem się i myślałem, że udźwignę wuja, lecz się myliłem. Zacząłem iść naszymi śladami. W końcu doszedłem do domu gdzie czekała na mnie ciotka, która była czarownicą tak jak ty. Zganiła mnie strasznie. Lecz zdziwiła się czemu nie ma ze mną jej męża. Gdy przemieniłem się z powrotem z likantropa w człowieka opowiedziałem jej o wszystkim co widziałem. Ona zaś poszła do sypialni jej i wuja i założyła mi na szynę medalion. Wiedziałem jak medalion był ważny dla wuja. Zawsze miał go przy sobie. Tylko w tedy zostawił go w domu jakby przeczuł, że zginie. Potem ciotka poszła sama do lasu po ciało męża. Mnie zostawiła z sąsiadką. I tak właśnie kończy się historia mego wuja. - Charles rozpłakał się.
Przytuliłam go i też zaczęłam płakać. Jak można zrobić coś tak okropnego.? I to swemu przyjacielowi. Nie umiem sobie tego nawet wyobrazić. Nagle zobaczyłam, że ktoś idzie w naszym kierunku. Był to chłopak o blond włosach. Miał mniej więcej czternaście lat. Stał na przeciwko nas i nachylił się do Charlesa.
- Dzisiaj pełnia- Powiedział chłopak.
- Tak. Wiem. Idźcie się pozamykać, albo jak wolicie. Tylko starajcie się nie atakować ludzi jeśli się nie zamykacie. Pamiętaj o tym Luck.- Odpowiedział Charles uśmiechając się do chłopaka, a ten pobiegł do lasu. 
Podniosłam się z bluzy i czekałam aż Charles powtórzy mą czynność. Gdy to uczynił założył bluzę na me ramiona. Postanowiliśmy wrócić do domu. Nagle zobaczyłam, że Charles nie ma już amuletu.
- Co zrobiłeś z amuletem.? - Spytałam.
- Nie chcę go nosić podczas przemiany. Boję się, że go zgubię albo coś. - Odpowiedział Charles uśmiechając się lekko.
Gdy szliśmy Charles nagle upadł na kolana. Przestraszyłam się i kucnęłam przy nim. Z jego oczy zaczęły płynąć łzy. Oczy powiększyły się, a źrenice się rozszerzyły. Dłonie zaczęły się zmieniać w wilcze łapy, a zamiast paznokci zaczęły wyrastać szpony. Charles krzyknął. Uszy wydłużyły się, a klatka piersiowa zaczęła się rozszerzać. Spojrzałam na nogi. Były już całe porośnięte sierścią i były wydłużone. Spojrzałam na twarz, lecz zamiast ujrzeć ślicznej twarzy chłopaka zobaczyłam porośnięty sierścią wilczy pysk. Nagle koszulka pękła, a jej strzępy leżały obok cierpiącego chłopaka. Po chwili to samo stało się ze spodniami. Gdy chłopak już zakończył przemianę zawył. Po chwili na jego wycie odpowiedziały inne wilkołaki. Podniosłam się i zaczęłam biec. Nagle ujrzałam za sobą pędzącego wilkołaka. Musiałam się zatrzymać aby złapać oddech. W tym czasie likantrop dogonił mnie.
- Proszę. Nie zabijaj mnie. To ja, Megan. Charles powiedz, że mnie pamiętasz. - Powiedziałam przez łzy.
Wilkołak popatrzył na mnie po czym polizał mnie swym szorstkim językiem po policzku. Wyciągnęłam ku niemu dłoń lecz on się odsunął. Robiłam mały krok na przód. Charles zrobił to samo. Położyłam na jego głowie dłoń i przejechałam palcami po szorstkiej sierści stworzenia. Nagle ktoś zawył, a Charles odwrócił się i pobiegł do wołającego go stworzenia. Chciałam wrócić do domu, ale nie wiedziałam jak. Zostało mi więc tylko zostanie tutaj na polanie i czekanie aż coś mnie rozszarpie.

czwartek, 31 października 2013

Rozdział jedenasty

Minęły 3 tygodnie odkąd Louis trafił do szpitala. Przez cały ten czas myślałam o nim. Dzisiaj Charles zaproponował abyśmy poszli do kina. Zgodziłam się bo uznałam, że dobrze mi to zrobi. Przyzwyczaiłam się już nawet do tego, że Charles jest wilkołakiem.
Gdy wychodziliśmy z kina na ławce siedział jakiś mężczyzna w ciemnych okularach i wydawało mi się, że na nas patrzył. Postarałam się go zignorować i rozmawiać spokojnie z Charlesem. Nagle mężczyzna z ławki wstał i zaczął za nami iść. Cały czas czułam jego obecność. Gdy byliśmy przy wyjścia z budynku poczułam czyjąś rękę na ramieniu. Obrodziłam się, a za mną stał ten mężczyzna. Uśmiechnął się do mnie, a ja odskoczyłam i przytuliłam się do Charlesa.
- Nie poznajesz mnie.? Aż tak długo mnie nie było.?- Zaśmiał się mężczyzna.
- K... kim ty jesteś.?- Spytałam.
- Eh...no dobra. To ja. Louis.
Podbiegłam do niego i  przytuliłam się. Louis odwzajemnij uścisk i lekko mnie po czym się obróciliśmy. Mój wzrok spotkał się z oczyma Charlesa. Wyglądał na smutnego i szczęśliwego za razem. W końcu się odezwał.
- Miło, że już wróciłeś ze szpitala Louis...- Powiedział ze spuszczonym wzrokiem.
- A ty skąd wiesz, że ja byłem w szpitalu.?- Spytał.
- Mam swoje źródła- Zaśmiał się Charles- Nie no, Meg mi powiedziała.
- Aha.- Odpowiedział Louis i chwycił mnie za rękę.
Udaliśmy się wszyscy w kierunku mego domu. Louis i ja cały czas rozmawialiśmy, a Charles...a Charles patrzył się tylko w ziemię i nie odzywał się. Jakby był w swoim świecie i zapomniał o rzeczywistości. Co jakiś czas zerkał i robił minę zbitego psa. Nie podobało mi się to, że się tak zachowuje. To było dziwne. Jak byliśmy sami nadawał jak katarynka, a teraz.? Teraz nic.
Gdy byliśmy już pod domem Louis wszedł do mojego domu, a Charles stanął przy furtce.
- Nie wejdziesz.?- Spytałam.
- Nie. Nie chcę wam przeszkadzać.- Odpowiedział spuszczając głowę i patrząc w ziemię.
- No co ty.? Nie będziesz przeszkadzać.- Powiedziałam uśmiechając się i podnosząc jego głowę.
Po chwili uśmiechnął się niezręcznie, a ja chwyciłam go za rękę i wciągnęłam go na ogród po czym go lekko popchnęłam. Charles potknął się o własne nogi i prawie by się wywrócił na chodnik przed mym domem ale w ostatniej chwili złapał równowagę i obrzucił mnie złowrogim spojrzeniem, lecz po chwili zaśmiał się i poszedł dalej. Zamknęłam furtkę i dołączyłam do chłopaków w salonie. Rozprawiali właśnie o magii i jakiś istotach cienia. Nie chciałam się wtrącać więc usiadłam na fotelu i przysłuchiwałam się ich rozmowie. W pewnym momencie odgarnęłam włosy i odgarnęłam je na bok.
- Megan co to było.?- Odezwał się nagle Louis.
- Odgarnięcie włosów.? A przynajmniej tak sądzę.- Odpowiedziałam.
- Nie, nie o to chodzi. Chodzi o to co masz przy karku.
- Nie wiem. Chyba znamię. Mam je od urodzenia...
- Pokarz.- Powiedział Charles.
Po chwili podszedł do mnie, odgarnął mi  bardziej włosy i spojrzał na mój kark. Nagle odsunął się i spojrzał na Louisa zdziwionym wzrokiem. Skinął głową pokazując w ten sposób Louisowi, żeby zobaczył co tam jest. Louis wstał z kanapy i podszedł do mnie, a Charles zrobił krok w tył. Louis chwycił moją głowę i przyjrzał się memu znamieniu. Po chwili również zrobił krok w tył i znalazł się obok Charlesa.
- Widzisz to samo co ja.?- Powiedział przytłumionym głosem do Charlesa.
- Tak. Widzę...ale...jak to możliwe, że ani ty, ani ja tego nie zauważyliśmy.?- Odparł równie cicho Charles.
- Nie wiem...
Dotknęłam ręką znamienia po czym zakryłam je włosami. Nie wiedziałam o co chodzi. To przecież tylko jedno cholerne znamię, a oni zachowują się jakby zobaczyli jakieś diamenty albo Boga. Za moimi plecami słyszałam jak chłopacy szepczą o tym, czy pokazać mi coś czy nie. Ale chyba jednak stanęło na tym, że mi to pokarzą. Louis wyszedł z mojego domu lecz po jakiś dziesięciu minutach wrócił z jakimiś trzema książkami. Podał mi je i usiadł na kanapie. po chwili Charles dołączył do niego.
- Otwórz na 5 stronie. - Powiedział Louis.
Wykonałam polecenie wampira i otworzyłam książkę na stronie piątej. Były na niej wypisane jakieś słowa, których nie rozumiałam.
- Przeczytaj....hm...to i popatrz na dowolny przedmiot w pomieszczeniu. Ale lepiej wyjdźmy z tym na dwór co.?- Powiedział Charles i wskazał na jedno słowo.
- Tak. Masz rację Charles. Lepiej wyjdźmy przy tym z domu- Powiedział Louis.
Wzięłam gazetę i poszłam na dwór za chłopakami.
- Asamedahana. - Powiedziałam patrząc na gazetę leżącą na progu domu.
Nagle na moich oczach pojawił się ogień, a gdy zgasł na miejscu gdzie leżała gazeta pojawił się popiół i osmolony brók. Byłam przerażona. Co to miało być do cholery.?! Chłopacy wpatrywali się w miejsce po gazecie z wielkimi oczami.
- A nie mówiłem.?- Powiedział Charles do Louisa.

wtorek, 29 października 2013

Rozdział dziesiąty

Wstałam rano i zamierzałam udać się do salonu gdzie miał spać Charles. Zeszłam po schodach i podeszłam do kanapy .Spojrzałam na nią aby zobaczyć czy Charles jeszcze śpi. Na kanapie nie było Charlesa tylko jakiś straszny i pokryty sierścią stwór. Wyglądał jak przerośnięty pies. Spał tak skulany na kanapie. Byłam wstrząśnięta. Nie chciałam obudzić stworzenia więc nie krzyczałam. Postanowiłam, że zaczekam, aż zwierz sam się zbudzi. Usiadłam na fotelu i zaczęłam czytać książkę. A w każdym razie próbowałam. Cały czas miałam przed oczami szpony demona przekuwające brzuch wampira. Co prawda próbował mnie zabić ale mimo to był on żywą istotą, która miała prawo żyć. Zabijał żeby przeżyć...tak jak Louis. A właśnie...ciekawe co u niego. Mam nadzieję, że trzyma się on dobrze, i że niedługo go wypuszczą ze szpitala, no i, że będę się mogła do niego już niedługo przytulić. Tak strasznie mi go brak. Nigdy nie wybaczę sobie tego, że Louis mógł przeze mnie umrzeć.
Siedziałam tak i wpatrywałam się w sufit myśląc co by było gdybym nie poszła w tedy z Louisem tamtą drogą. Gdybym nie prosiła go o zostanie na noc. Na pewno nie byłby teraz w szpitalu. Nagle spojrzałam na leżące na kanapie stworzenie. A raczej chciałam spojrzeć bo nie było go tam. Rozejrzałam się w okół. Nie widziałam go jednak w okolicach kanapy. Nagle poczułam jakiś ciepły podmuch na mojej dłoni. Obróciłam głowę. Na ziemi siedziało to stworzenie. Miało ono nad okiem coś w stylu blizny. Stworzenie wyglądało jak pies. Spojrzał się na mnie swymi żółtymi, pięknymi oczyma. Zauważyłam w nich iskrę zaufania. 
Stworzenie zawyło. Nagle wstało i poszło gdzieś na górę. Po chwili z góry zszedł  ładnie ubrany i uczesany Charles. 
- Dzień dobry- Powiedział Charles uśmiechając się.  
- Hej...-Powiedziałam.- Co to miało być.?
- Ale co.?
- No ten pies, czy co to tam było.
- No...ja. Tak. To byłem ja.
- Ale jak to, ty.?!
- Jestem...jestem wilkołakiem...
Zamurowało mnie. Nie wiedziałam co powiedzieć ani co zrobić. Nagle przypomniała mi się sytuacja gdy zaatakowano Louisa. Zaatakowało go podobne stworzenie...czyli...czyli, że zaatakował i zranił go Charles.? Czy Charles chciał go zabić.? A jeśli tak to... to czemu.? To wszystko zaczyna mnie niepokoić. Prawie tak jak to, że zadaje się z ,, demonami '' . Najwyżej mnie zabiją... tak ... najwyżej mnie zabiją tak jak tego wampira, który na mnie napadł. Najwyżej będę widziała swoje wnętrzności na szponach jakiegoś wilkołaka. Albo jakiś wampir wyssie ze mnie krew. 
- Coś się stało.? - Spytał Charles wyrywając mnie z transu.
- Nie, nic, po prostu ... po prostu... zastanawiałam - Odpowiedziałam po chwili.
- Rozumiem jeśli teraz zaczniesz krzyczeć i mnie wyrzucisz albo uciekniesz. Bo w końcu kto by chciał zadawać się z potworem takim jak ja.
- No, jak to kto.? Ja.! - Powiedziałam po czym podbiegłam do niego i się do niego przytuliłam.
Charles po chwili odwzajemnił uścisk. Zatopiłam palce w jego włosach i zwiększyłam uścisk. Charles zdusił mnie jeszcze mocniej.
- Charles...- Powiedziałam słabo.
- Tak.?
- Czy mógłbyś mnie puścić.?
- Tak, tak, już, oczywiście, przepraszam.
- A zaprowadziłbyś mnie do sklepu.?
- Tak, oczywiście.
Założyłam trampki i bluzę, a Charles pomógł włożyć mi katanę i wyszliśmy. 
Na każdą osobę, która obok nas przechodziła Charles warczał i patrzył na nią złowrogo swymi złotymi oczami. To było dziwne. Gdy weszliśmy do sklepu Charles obwąchiwał niektórych jakby byli nie wiadomo kim. Ale po co.?
Gdy wracaliśmy spytałam się go o to o co zamierzałam spytać od rana.
- Charles...czy ty znasz wampira o imieniu Louis.?
- Znam dużo wampirów- Odpowiedział ze śmiechem.
- Ale czy znasz takiego wampira jak Louis Smith.?
Charles zamilkł, a jego oczy pojaśniały.
- Znasz czy nie.?
- Tak...
- To ty go zaatakowałeś.?
- Nie...
- Wiesz kto.?
- Może...
- Charles do cholery.! Odpowiadaj mi całymi znaniami.!
- Tak wiem. Wilkołak z innej watahy. Louis to mój przyjaciel, nic bym mu nie zrobił. Nigdy. A co z nim.?
- Może umrzeć, jest w szpitalu.
- Jesteście razem.?
- Tak jakby.
Charles chwycił mnie za rękę i wepchnął w jakieś krzaki. Sam stanął przed nimi i chyba się z kimś bił. Siedziałam cicho i sparaliżowana ze strachu. Po jakimś czasie Charles mnie chwycił za nadgarstek i zaprowadził do domu. Na jego wardze zobaczyłam ranę, a z jego nogi lała się krew.
Gdy doszliśmy do domu otworzyłam drzwi i zaprowadziłam Chalesa do salonu, po czym rzuciłam go na sofę. Podwinęłam nogawkę jego janesów. Rana była bardzo głęboka. Pobiegłam sprintem do łazienki po wodę utlenioną, gazę i bandaż. 
Oblałam nogę Charlesa wodą utlenioną, a on żałośnie zaskomlał. Przyłożyłam Gazę do rany i owinęłam ją mocno bandażem. Po skończonej ,, operacji '' usiadłam na kanapie obok Charlesa. Oparłam głowę o jego ramię. Siedzieliśmy tak sobie w ciszy jakieś dziesięć minut, aż nale zadzwonił mój telefon. Dzwonili ze szpitala. Powiadomili mnie, że stan Louisa się polepsza i, że może już niedługo wyjdzie z narkozy i ze szpitala.

Rozdział dziewiąty

Lekarz oznajmił mi iż Louis jest w gorszym stanie niż był oraz, że może on umrzeć. Me oczy wypełniły się łzami.  Louis teraz będzie w narkozie do póki jego stan nie polepszy się. Byłam oszołomiona. Szybkim krokiem kierowałam się do wyjścia. Gdy byłam już przy drzwiach na zewnątrz stał chłopak, który uratował mi życie. Przyjrzałam się mu dokładniej. Miał brązowe włosy, strasznie jasną skórę i bliznę przy łuku brwiowym. Gdy spojrzał w moją stronę zobaczyłam, że ma on bardzo ciemne oczy. Gdy mnie ujrzał ( niestety ) otworzył drzwi i chwycił mnie za nadgarstek po czym wyciągnął mnie na dwór.
- Nie boisz się tak sama chodzić po lesie.?- Spytał śmiejąc się.
- Nie, a bo co.?- Odpowiedziałam z pogardą.
- Nie, nic, ale to nie bezpieczne, żeby taka dziewczyna jak ty...
- Weź spadaj gościu.! Nawet cię nie znam.!- Przerwałam mu.
- Tak. Masz rację, przepraszam, że się nie przedstawiłem. Jestem Charles.- Powiedział jedną ręką przeczesując włosy, a drugą podając mi.
- Megan...- Odpowiedziałam podając rękę i niezręcznie się uśmiechając.
- Może odprowadzę cię do domu.?- Spytał po chwili.
- No ok. Jak chcesz...- Powiedziałam spuszczając głowę na dół.
 Ruszyliśmy więc ku memu domowi. Gdy doszliśmy do rozwidlenia dróg stanęliśmy na środku rozstaju dróg. Patrzyłam raz  na skrót przez las, a raz na długą ulicę, która ciągnęła się nie wiadomo jak daleko.
- No to którędy idziemy.?- Spytał nagle Charles.
- Nie wiem...chyba skrótem. Będzie szybciej.- Odpowiedziałam nie pewnie.
- Ale...zaczyna się ściemniać...
- Wiem, że się ściemnia ale chcę być szybciej w domu. 
- No...no ok.
Po tych słowach wypowiedzianych przez Charlesa ruszyliśmy w stronę tego pieprzonego lasu. Szliśmy bardzo wolno i rozmawialiśmy. Gdy byliśmy już przy wejściu do lasu cały czas słyszałam jakieś dziwne dźwięki. Bałam się iść tym lasem ale chciałam być jak najszybciej w domu. Było ciemno. Księżyc był w połówką ale bardzo jasno świecił. Nagle ktoś lub coś śmignęło nam przed oczami.  Przeszedł mnie dreszcz i lekko odskoczyłam do tyłu.
- Charles...co ty było.?!- Spytałam.
- Nie wiem...może miałaś zwidy.
- Być może...
Szliśmy dalej tym ciemnym lasem. Nagle zauważyłam kogoś na drodze. Przyjrzałam się mu bliżej. By to ten sam wampir, który napadł na mnie wcześniej. Charles chyba też go zobaczył. Chciałam na niego spojrzeć ale...ale jego obok mnie nie było. Uciekł.? Chyba tak. A ja mu zaufałam. Chciałam się cofnąć ale...on już mnie zauważył. Po chwili już obok mnie był. Stał na przeciwko mnie i wpatrywał się we mnie tymi swoimi czerwonymi oraz błyszczącymi oczyma i przyciskał mnie do drzewa. Ale czemu on się tak na mnie uwziął.? Czemu akurat ja.? No ja się pytam czemu.?! Wampir chuchał na mnie swym lodowatym oddechem. Zamknęłam oczy i czekałam na to co się stanie, a raczej co się miało stać. Nagle przestałam czuć oddech wampira. Spojrzałam na nie, a on patrzył się na swój brzuch, w który miał wbite jakieś ostrza. Po chwili ostrza wysunęły się z brzucha umierającego wampira, który osunął się na ziemię. Przede mną stał stwór, który uratował mnie gdy szłam do szpitala. Spojrzałam na potwora przede mną. Na jego szponach widniały wnętrzności oraz krew wampira. 
Potwór podszedł pod drzewo i wykopał pod nim dziurę. Następnie wziął martwe ciało wampira i wrzucił je do głębokiej dziury po czym zakopał świeże zwłoki. Stałam sparaliżowana i patrzyłam na stworzenie. Potwór po chwili uciekł. Gdy otrząsnęłam się zobaczyłam jak Charles stoi przede mną w krzywo zapiętej koszuli i uśmiecha się do mnie przyjaźnie.
 - Co to miało być.?! Czemu zostawiłeś mnie samą.?!- Powiedziałam ze łzami w oczach.
- Nie.! Nie zostawiłem cię. Cały czas przy tobie byłem.- Odpowiedział mi Charles.
- Tutaj był tylko jakiś wampir i jakiś wilk.!
- Nie jakiś wilk tylko wilkołak jak już.!
- Co.? Skąd wiesz.?
- Widziałem go...
- To byłeś ty.?
- Nie...
Na tym zakończyła się nasza rozmowa. Szliśmy dalej w ciszy i mroku...no może nie całkowitej ciszy bo Charles cały czas gwizdał mi nad uchem. Spojrzałam na niego surowym wzrokiem, a on uciszył się. Przez  resztę naszej wędrówki Charles patrzył się w ziemię i kopał leżące w lesie szyszki lub kamienie.
- Dobra. To pa. Dobranoc- Powiedział Charles gdy byliśmy na początku mojej ulicy.
- Nie.! Nie idź. Proszę. Boję się.
- Ale...ale ja muszę iść.
- Czemu.?
- No bo nie mogę na noc. Mogę być rano ale...ale nie na noc. Nie chciałabyś widzieć jak się budzę.
- Ja też  Afrodytą nie jestem o poranku. Przeżyję. Uwierz.
- No ok...ale nie krzycz gdy się rano obudzisz.