piątek, 15 listopada 2013

Rozdział trzynasty

Błąkałam się przez dłuższy czas po polanie, aż doszłam na skraj lasu. Weszłam głębiej w las. Miałam nadzieje, że wyjdę niedaleko mego domu ale nie. Wyszłam w jakimś miejscu, w którym jeszcze nigdy nie byłam. Był to rozległy teren z niewielką ilością drzew ( z tego co widziałam bo było cholernie ciemno). Szłam w ciemności po tym terenie, aż się potknęłam i zjechałam z jakiejś góry. Akurat jak zjeżdżałam wpadłam na drzewo. Uznałam, że po ciemku i tak nie znajdę drogi do domu więc tu zostanę.  Usiadłam pod drzewem. Czułam jak powieki same mi się zamykają. 
Gdy otworzyłam oczy było już jasno. Wychodzi więc na to, że zasnęłam. Podniosłam się z ziemi. Dłonią odgarnęłam włosy z twarzy. Gdy odciągnęłam dłoń od twarzy zobaczyłam, że jest ona cała czerwona. Spojrzałam na spodnie i bluzkę. Ubranie także były w połowie czerwone. Ziemia również. Z wszystkich tych rzeczy wydawał się z lekka metaliczny odór. Spojrzałam za drzewo. Na ziemi zobaczyłam leżące ciało wilkołaka.  Likantrop oddychał powoli, a z jego boku wyciekała szkarłatna ciecz. Wilkołak leżał na tej brudnej ziemi, bałam się, że wda mu się zakażenie. Nie widziałam łba stworzenia, ani oczu. Lecz miałam złe przeczucie, że to Charles. Spojrzałam na  oblicze likantropa. Spod jego zamkniętych powiek spłynęły łzy. Pogłaskałam stworzenie po głowie, a wilkołak otworzył swe oczy. Poznałam to oczach, a raczej po ich wyrazie, że to Charles.  W moich oczach zebrały się łzy, a serce zbiło mocniej. Przestraszyłam się. Nie wiedziałam co robić. W końcu usiłowałam wziąć go na plecy. Nie miałam dość siły aby go unieść, lecz w końcu przełamałam ból w plecach i w mięśniach. Prawie położyłam się na ziemi i wsunęłam Charlesa na barki. Kolana uginały się pode mną. Kilka razy prawie wyłożyłabym się na ziemi.
Po długim czasie dotarłam z Charlesem do domu. W oknie stał Louis jakby na nas czekał. Chciałam zapukać do drzwi gdy nagle one otworzyły się, a w wejściu stał Louis, który przejął ode mnie Charlesa. W końcu mój krzyż mógł odpocząć, a ja próbowałam się wyprostować. Louis wziął mnie na ręce i zaniósł do salonu. Na kanapie leżał Charles przykryty kocem. Wstałam z fotela ponieważ chciałam iść po opatrunek.
- Usiądź, ja się nim zajmę - Powiedział Louis stojący w kuchni.
- Nie, ja mu muszę pomóc. Czy w tej księdze, którą mi dałeś są jakieś czary na uzdrowienie.? - Spytałam usiłując powstrzymać łzy.
- Chyba jakieś są. Trzeba będzie poszukać.
- A... pomożesz mi w szukaniu.?
- Jeszcze się głupio pytasz. Ale najpierw muszę mu tym obmyć ranę - Powiedział Louis wskazując ręką na swoją kieszeń, z której wyjął małą buteleczkę .
- Co ty jest.?
- Taki płyn, który pomaga goić rany. Heh, kto by pomyślał... to się czasem przydaje.
- No raczej, że się przydaje.
Louis podszedł do Charlesa i wylał kroplę płynu. Efekt był podobny do tego, gdy na ranę wylewa się wodę utlenioną i na ranie robi się biała piana, tylko, że  przy użyciu tego, dookoła rany zrobiła się niebieska piana, a na ranie pomarańczowa. Odskoczyłam lekko w bok potykając się i wpadając na Louisa.
- Nie bój się. Tutaj zawsze jest taki efekt. - Zaśmiał się.
Charles zaskomlał pod postacią wilkołaka.
- Jest wilkołakiem. To znaczy, że jest dobrze i nie umiera. - Stwierdził Louis.
- Co masz na myśli.?
- Eh...no bo gdy likantrop umiera, a jest pod postacią, na przykład tak jak nasz Charles wilkołaka. To na powrót i pożegnanie życia zamienia się w człowieka, a Charles jęczy, stęka, wyje, wierci się, to znaczy, że jest dobrze, a płyn działa. - Powiedział Louis wzruszając ramionami.
Louis wyszedł z domu i ,, śmignął '' za oknem, więc nie widziałam po chwili zniknął mi z pola widzenia. Zamknęłam drzwi i westchnęłam. Skierowałam się do salonu, gdzie leżał Charles. Lecz teraz był już w ludzkiej postaci. Przestraszyłam się. Usiadłam obok niego na kapie i pogłaskałam go po głowie. 
- Coś ty zrobił... - Powiedziałam, nie umiejąc powstrzymać łez.
Moja łza spadła na policzek Charlesa.
- Obroniłem cię... - Usłyszałam cichy i nie wyraźny głos chłopaka.
- Co.? Jak to.? - Spytałam z niedowierzaniem.
- On...on cię chciał...- Urwał.
- Kto.? Co.?
- Bo on nas chyba śledził, a jak zobaczył, że jesteś sama chciał cię zabić, ale na na to nie pozwoliłem. Rzuciłem się na niego, a on...a on zrobił mi to...- Charles uniósł lekko dłoń. -  Nie płacz. Nic mi nie powinno być...- Zawył z bólu.
- Odpoczywaj Chalesie. - Powiedziałam i poczochrałam mu włosy.
Charles uśmiechnął się słabo. Nagle przypomniało mi się, o medalionie. Podniosłam mu lekko głowę i założyłam na szyję medalion.
*
Siedziałam z Charlesem w salonie. Charles leżał cały czas nieruchomo na kanapie, a ja siedziałam na fotelu i oglądałam telewizor. Nagle usłyszałam pukanie do drzwi. Podniosłam się z fotela i chciałam podejść do wejścia domu.
- Nie idź.! To on.! - Ożywił się nagle Charles.
- Kto.? - Spytałam.
- Po prostu...nie otwieraj. Proszę. To nie Louis.
Spojrzałam się na Charlesa jak na idiotę, ale posłuchałam go i usiadłam powrotem w fotelu. Pukanie nie ustawało.
- On wie, że tu jesteśmy. - Powiedział Charles. - To chyba już koniec...no chyba, że Louis przyjdzie.
- No to na co on czeka.?! Na zbawienie Boże.?! Gdzie on w ogóle jest.?!
- Nie wiem...może poszedł się pożywić.
- Zabijać.?! - Spytałam przerażona.
- Nie, spokojnie. On nie zabija. Jemu dostarczają krew.
- Boże...nastraszyłeś mnie Charlesie Morgan.
- Przepraszam Megan Shelley.
Nagle pukanie ucichło. Myślałam, że już po wszystkim, zanim... zanim spojrzałam za okno. Za oknem stał wielki szary wilkołak. Jego pysk był cały czerwony, jak i połowa jego głowy. Likantrop wyszczerzył zęby. Przejechał swym czerwonym językiem po kłach. Swój wzrok wlepiał we mnie. Charles momentalnie podniósł się na sofie i usiłował wstać. 
- Nie.! - Krzyknęłam, a Charles wrócił na swe miejsce.
Myślałam, że wilkołak wybije szybę i wpadnie do domu aby mnie zabić. Lecz nie uczynił tego. Popatrzył na mnie, a później na Charlesa, po czym obrócił się ukazując swój zakrwawiony kark.  Widziałam jak postać znika w oddali. Po jakimś czasie usłyszałam głośne wycie. Usłyszałam też zgrzyt przekręcanego zamka. Do domu wszedł Louis.
- Co mnie ominęło.? - Spytał.
- Wilkołak... - Powiedziałam łapiąc oddech.
- On tam jest...jest przy domu - Wykrztusił Charles.
- Ale kim on jest.?! - Spytałam. 
- Nie ważne. - Odpowiedział Louis kręcąc głową.
Ale kim on jest.? I czemu mi nie chcę nic o nim powiedzieć.? Nie podoba mi się to coraz bardziej... 

sobota, 2 listopada 2013

Rozdział dwunasty

- Co a nie mówiłem.? O co wam do cholery chodzi.?!- Zapytała przerażona sytuacją, która zaistniała.
- No bo miałem rację, że jesteś czarownicą- Powiedział zadowolony Charles, stając za mną.
Nie mogłam uwierzyć własnym oczom i uszom. Ja mam być czarownicą.?! Ja.?! Nie...przecież nigdy nie miałam żadnych tego objawów ani nic w tym rodzaju. Nigdy w życiu nie wierzyłam w takie rzeczy jak wampiry, wilkołaki, inkuby, maugi, nekrotofy, czarownice i tp. Wpatrywałam się w gazetę... a raczej w to co z niej zostało. Nagle poczułam, że unoszę się nad ziemią. Moje oczy cały czas były wpatrzone w osmolone miejsce. Nagle przed moimi oczyma widziałam tylko zatrzaśnięte drzwi. Pokręciłam głową i po chwili stałam już na ziemi, a przede mną stał Charles i patrzył mi prosto w oczy. Za nim stał Louis i robił jakieś głupie miny. Nagle Charles cofnął łokieć i trafił Louisa w brzuch. Louis zgiął się w pół i jęknął cicho. Spojrzałam na niego stając na palcach i patrzyłam na niego z nad ramienia Charlesa. Uśmiechnęłam się lekko po czym znowu poczułam, że jestem uniesiona. Charles przerzucił mnie przez ramię, przez co patrzyłam na Louisa z góry. Louis podniósł wzrok z podłogi na mnie do góry. Podniósł się i odebrał mnie od Charlesa. Mina Charlesa nie była zbyt wesoła. Spojrzał na mnie po czym spuścił wzrok na ziemie i zaczerwienił się lekko.
Usiedliśmy w trójkę na kanapie i zaczęliśmy oglądać film. Po obejrzeniu filmu zaczęliśmy zastanawiać się czy nie pójść na spacer.  Louis podniósł się z kanapy i spojrzał przez okno. Skrzywił się i powiedział, że on nie pójdzie ponieważ promienie zachodzącego słońca mu szkodzą. Charles wstał także z kanapy i zdjął z wieszaka moją katanę. Skinięciem głowy zachęcił mnie do podejścia i ubrania katany. Wstałam również z kanapy i z pomocą Charlesa ubrałam katanę. Przebrałam także buty z czerwonych trampek na czarne. Gdy Charles otworzył drzwi odwróciłam głowę i spojrzałam na Louisa. Ten podszedł do mnie i pocałował mnie na pożegnanie. 
- Nie wracajcie za późno bo dzisiaj pełnia. - Mówiąc to spojrzał groźnie na Charlesa.
Charles wzruszył ramionami i machnięciem ręki zachęcił mnie do wyjścia. Przekroczyłam próg i spojrzałam jeszcze raz na Louisa. Za mną wyszedł Charles zamykając drzwi i uśmiechając się do mnie uroczo. Chwycił mnie za nadgarstek i udaliśmy się w kierunku łąki. Spojrzałam na Charlesa, a w oczy rzucił mi się naszyjnik na jego szyi.
- Co to.? - Spytałam spoglądając na naszyjnik
- Medalion. Dostałem go od wuja.- Odpowiedział, a po jego policzku spłynęła łza.
- Czemu płaczesz.? - Spytałam zaniepokojona.
- Nie ważne. Teraz powinniśmy się wszyscy skupić na twoich mocach. - Odpowiedział ocierając kolejną łzę staczającą się po policzku.
- Nie. Charles. Proszę, powiedz mi proszę czemu płaczesz.
- Bo mój wuj zginął. A po za nim nie mam nikogo. A przynajmniej nie znam innych moich krwnych.
Charles zatrzymał się. Zdjął bluzę i położył ją na ziemi. Skinął głową dając mi sygnał abym usiadła. Posłuchałam go i usiadłam. Po chwili Charles usiadł obok mnie. Zdjął medalion i zaczął go oglądać.
- Nie lubię tego wisiorka. Irytuje mnie i przypomina mi wuja. - Powiedział po chwili, a na jego medalion spadła łza.
- A... jak zginął twój wuj.?- Spytałam patrząc na czerwony medalion.
- Zabił go jego przyjaciel. Niby przypadkowo ale jak dla mnie to nie mógł być przypadek. W końcu jak może być przypadkiem wbić komuś pazury w brzuch i zęby w szyję.? To tak jakbym ja niby przez przypadek  skręcił kark Louisowi. -  Charles przełkną ślinę, a do jego oczu napłynęły kolejne łzy. Po chwili kontynuował. - Widziałem to. Byłem w tedy z wujem w lesie. Miałem sześć lat. Byłem po mojej pierwszej przemianie w likantropa. Pierwsze przemiany odbywają się w wieku dojrzewania, ale ja miałem przemianę wcześniej. Wuj zabrał mnie wtedy do lasu. On był w postaci wilkołaka tak samo jak i ja. Szliśmy ścieżką, aż nagle wyleciał z za krzaków on. To był najlepszy przyjaciel mego wuja. A on...zabił go. Najpierw wbił swe szpony w jego brzuch. Wuj resztkami sił zmienił się w człowieka i powiedział abym uciekał. Mówiąc to z ust wydobywała mu się krew. Nagle jego przyjaciel zatopił zęby w jego tętnicę. Likantrop wyjął z mego wuja szpony i zęby po czym zwiał w las. Mój wujek leżał nagi na ściółce leśnej w wielkiej kałuży krwi. Skomlałem, wyłem, ale nikt nie zareagował. Nikt nie przyszedł. Leżałem zwinięty w kłębek obok wuja prawie cały dzień. Moja sierść była pozlepiana krwią. Nagle przypomniałem sobie czego wuj mnie uczył.- Charles przerwał opowieść by otrzeć łzy i przełknąć ślinę. Po chwili znowu kontynuował. - Podniosłem się i myślałem, że udźwignę wuja, lecz się myliłem. Zacząłem iść naszymi śladami. W końcu doszedłem do domu gdzie czekała na mnie ciotka, która była czarownicą tak jak ty. Zganiła mnie strasznie. Lecz zdziwiła się czemu nie ma ze mną jej męża. Gdy przemieniłem się z powrotem z likantropa w człowieka opowiedziałem jej o wszystkim co widziałem. Ona zaś poszła do sypialni jej i wuja i założyła mi na szynę medalion. Wiedziałem jak medalion był ważny dla wuja. Zawsze miał go przy sobie. Tylko w tedy zostawił go w domu jakby przeczuł, że zginie. Potem ciotka poszła sama do lasu po ciało męża. Mnie zostawiła z sąsiadką. I tak właśnie kończy się historia mego wuja. - Charles rozpłakał się.
Przytuliłam go i też zaczęłam płakać. Jak można zrobić coś tak okropnego.? I to swemu przyjacielowi. Nie umiem sobie tego nawet wyobrazić. Nagle zobaczyłam, że ktoś idzie w naszym kierunku. Był to chłopak o blond włosach. Miał mniej więcej czternaście lat. Stał na przeciwko nas i nachylił się do Charlesa.
- Dzisiaj pełnia- Powiedział chłopak.
- Tak. Wiem. Idźcie się pozamykać, albo jak wolicie. Tylko starajcie się nie atakować ludzi jeśli się nie zamykacie. Pamiętaj o tym Luck.- Odpowiedział Charles uśmiechając się do chłopaka, a ten pobiegł do lasu. 
Podniosłam się z bluzy i czekałam aż Charles powtórzy mą czynność. Gdy to uczynił założył bluzę na me ramiona. Postanowiliśmy wrócić do domu. Nagle zobaczyłam, że Charles nie ma już amuletu.
- Co zrobiłeś z amuletem.? - Spytałam.
- Nie chcę go nosić podczas przemiany. Boję się, że go zgubię albo coś. - Odpowiedział Charles uśmiechając się lekko.
Gdy szliśmy Charles nagle upadł na kolana. Przestraszyłam się i kucnęłam przy nim. Z jego oczy zaczęły płynąć łzy. Oczy powiększyły się, a źrenice się rozszerzyły. Dłonie zaczęły się zmieniać w wilcze łapy, a zamiast paznokci zaczęły wyrastać szpony. Charles krzyknął. Uszy wydłużyły się, a klatka piersiowa zaczęła się rozszerzać. Spojrzałam na nogi. Były już całe porośnięte sierścią i były wydłużone. Spojrzałam na twarz, lecz zamiast ujrzeć ślicznej twarzy chłopaka zobaczyłam porośnięty sierścią wilczy pysk. Nagle koszulka pękła, a jej strzępy leżały obok cierpiącego chłopaka. Po chwili to samo stało się ze spodniami. Gdy chłopak już zakończył przemianę zawył. Po chwili na jego wycie odpowiedziały inne wilkołaki. Podniosłam się i zaczęłam biec. Nagle ujrzałam za sobą pędzącego wilkołaka. Musiałam się zatrzymać aby złapać oddech. W tym czasie likantrop dogonił mnie.
- Proszę. Nie zabijaj mnie. To ja, Megan. Charles powiedz, że mnie pamiętasz. - Powiedziałam przez łzy.
Wilkołak popatrzył na mnie po czym polizał mnie swym szorstkim językiem po policzku. Wyciągnęłam ku niemu dłoń lecz on się odsunął. Robiłam mały krok na przód. Charles zrobił to samo. Położyłam na jego głowie dłoń i przejechałam palcami po szorstkiej sierści stworzenia. Nagle ktoś zawył, a Charles odwrócił się i pobiegł do wołającego go stworzenia. Chciałam wrócić do domu, ale nie wiedziałam jak. Zostało mi więc tylko zostanie tutaj na polanie i czekanie aż coś mnie rozszarpie.